Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 kwietnia 2017

Słów kilka


Drogie i Drodzy
Zapewne zdążyliście zauważyć, że na blogu cicho. Rzeczywiście stagnacja. Jednak spieszę Wam donieść, że w międzyczasie powstały na fanpage'u "Podróży między wierszami" dwie notatki. Zapraszam serdecznie do ich lektury.


Notatki o 
Muranowskich muralach - Nowolipkach oraz Markowej.


Jednocześnie zapewniam Was, że przyjdzie taki dzień, kiedy zaktywizuję się na blogu, a jednocześnie informuję, że PMW są w miarę aktywne na Facebooku i Instagramie.

Muranowskie murale przy ulicy Nowolipki w Warszawie. Fot. PMW.

Zdjęcia z Zagrody Muzeum Wsi Markowa - Towarzystwa Przyjaciół Markowej. Fot. PMW.

Do usłyszenia na blogu, a tymczasem do spotkania na Facebooku i Instagramie!










piątek, 30 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 roku "Podróży między wierszami"


"Podróże między wierszami" powstały 28 marca 2016 roku. W pierwszej kolejności blog miał stanowić miejsce, gdzie zostaną opublikowane notatki z Kazachstanu. Jednak w przypadku zapisania wspomnień z tej podróży mam zaległości tak wielkie jak odległość między Warszawą a Pawłodarem [jedno z kazachskich miast, w którym byłam], ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeszcze przeczytacie moje zapiski stamtąd.

Z pewnych względów 2016 rok miał być dość stacjonarny, ale okazał się dość mobilny [i bardzo dobrze, bo przemieszczanie się, poznawanie nowych przestrzeni to jedna z ulubionych czynności PMW]. Udało mi się zobaczyć miejscowości w: Małopolsce, na Mazowszu, Kujawach i Ziemi Dobrzyńskiej, WarmiiŻuławach Wiślanych, w Wielkopolsce, a także przekroczyć granicę, docierając do Sambora, Żytomierza, Kijowa, Łanowic, Lwowa (Ukraina) i Wilna (Litwa). Zapewne nie są to najlepsze statystyki, bo w zeszłych latach udawało mi się wyjeżdżać na dłużej/więcej, ale jak na rok, który miał być stacjonarny, to mogę czuć się spełniona w podróżowaniu.

Założyłam, że blog będzie o podróżach, turystyce, w tym gastroturystyce, poznawaniu kultur. I tego rzeczywiście dotyczy. Okazało się jednak, że w kontekście tych podróży pojawiły się niekiedy odniesienia do teatru i kultury żydowskiej [czyli do tego, co interesuje PMW poza podróżami]. 

Co będzie dalej, zobaczę/my!


Zdjęcia z wybranych podróży.


PS 1. A wiecie, co pysznego wyniosłam z tegorocznego podróżowania? Już Wam mówię. Przepis na bigos kujawski. 
PS 2. Wczoraj pojawił się wpis na blogu o Wilnie. Jeśli go nie czytaliście, to zapraszam serdecznie do jego lektury.


czwartek, 29 grudnia 2016

Spacer po Wilnie, część I

O tym, że kiedyś pojadę do Wilna, wiedziałam od zawsze. I zawsze było mi nie po drodze. Szybciej dotarłam do marokańskich i kazachskich miast niż do Wilna. Odwiedziłam prawie wszystkie sąsiednie państwa, Litwę też, bo będąc dwudziestokilkulatką, byłam na stażu w Kownie. Jednak stamtąd wciąż było za daleko i nie po drodze do Wilna. Zanim zdecydowałam się na podróż do stolicy Republiki Litewskiej, to byłam pewna, że pojadę do Rygi (i tylko niedogodne połączenie sprawiło, że do niej nie dotarłam). Wciąż trochę żal mi, że nie zobaczyłam w tym roku tego łotewskiego miasta, ale nie żałuję, że wreszcie dotarłam do Wilna! Co więcej, już wiem, że nie było to moje ostatnie spotkanie z wileńską przestrzenią. A do tego, że od zawsze wiedziałam, że pojadę do Wilna, przyczynił się fakt, że moi pradziadkowie i babcia po kądzieli byli wilnianami.
Dość spontanicznie postanowiłam, że odwiedzę to miasto, więc nie było czasu na gruntowne przygotowanie się do wycieczki. Wiedziałam tylko, że chcę zobaczyć cmentarz na Rossie, Ostrą Bramę i znaleźć się na pewnej ulicy (o tym ostatnim wymienionym punkcie w kolejnym blogowym tekście), i że reszta tego, co chcę doświadczyć, może znajdować się poza „typowym” szlakiem. Miałam świadomość, że przez większość dnia nie będę mieć w Wilnie dostępu do internetu, a co za tym idzie, nie będę mieć dzięki niemu podpowiedzi, jak dojść z punkt a do punktu b, więc przed wyjazdem wydrukowałam kilka fragmentów Mapy Google.
Jednak w Wilnie zamiast trzymać się mapy, postanowiłam, że zdam się na intuicję i logikę („Przecież jeśli tu jest dworzec kolejowy i kładka, to tory mogę przeciąć w tym miejscu”). Samo dostanie się na kładkę nie było łatwe, bo część przejść między nią, peronami i tunelem pozamykano, przez co poruszałam się tam trochę jak w labiryncie. Jednak w końcu udało się wejść na kładkę, a potem znaleźć po drugiej stronie torów. Dzięki temu „spacerowaniu”, a raczej "błądzeniu", po przestrzeni dworcowo-kolejowej odkryłam takie oto miejsce – Quepasa (hiszp. "Co się stało?"). Nie zajrzałam tam do środka, ale za to po powrocie do domu dowiedziałam się, że to klub, w którym dzieją się wydarzenia związane z kulturą latynoamerykańską, że przyciąga on tych, którzy lubią muzykę i taniec.
Klub Quepasa znajdujący się w dworcowej przestrzeni.
Będąc po drugiej stronie kładki, a jednocześnie po tej stronie torów, po której znajduje się cmentarz na Rossie, przekonałam się, że wybranie tej drogi, jednak nie było najwłaściwsze, bo wydrukowana mapa nie obejmowała miejsca, w którym się znalazłam. Pozostała mi więc do dyspozycji intuicja i poruszanie się „na logikę”. W trakcie zmierzania do nekropolii kilka razy zatrzymałam młodych ludzi, podpytując się w języku angielskim, jak do niej dojść. W konsekwencji trochę pobłądziłam. 

Na tych zdjęciach widać to, co zauważyłam podczas błądzenia.
Ostatecznie wybawiła mnie z błądzenia seniorka, która pojawiła się na drodze i wskazała mi właściwą trasę. Zagadnęłam do niej po rosyjsku, ale ona odpowiedziała, że będzie mówić po polsku. Co prawda, jej mowa bardziej przypominała tak zwany język prosty – mieszankę wschodniosłowiańskich języków, ale najważniejsze, że zrozumiałyśmy się i dotarłam tam, gdzie chciałam.
Nie będę opisywać cmentarza na Rossie, bo istnieje wiele materiałów na jego temat, ale za to przybliżę jeden z kilku, które mnie zainteresowały. Mianowicie jest to projekt badawczy „Cmentarz na Rossie w Wilnie”. Moim skromnym zdaniem warto zajrzeć na jego stronę. Przedstawię także kilka zdjęć z tej nekropolii.
Migawka z cmentarza na Rossie.
Idąc z cmentarza ku Ostrej Bramie szłam już pewniejszym krokiem, więc miałam czas na zaglądanie w różne zakątki. Moją uwagę przykuł ten ogródek. 
Jeden z mijanych ogródków.
O gustach się nie dyskutuje i nie zamierzam. W swoim ogrodzie (którego zresztą nie posiadam) zapewne bym nie postawiła takich ozdób, ale patrząc na nie, odczułam coś swojskiego i miłego. Swoją drogą, co zwiastuje stojący bocian? Wiem, wiem, jest sztuczny, więc chyba nic nie wróży.

Przy Ostrej Bramie znalazłam się w samo południe. Gdy wpatrywałam się renesansowy obraz Najświętszej Marii Panny – Matki Boskiej Miłosiernej, a po głowie chodziły mi wersy Inwokacji z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza: "Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy/ I w Ostrej świecisz Bramie!" (Ach, ta szkolna nauka języka polskiego!), to - niespodziewanie dla mnie - rozbrzmiały dzwony i przyznam się, że było niesamowite dla mnie to, że mogłam je usłyszeć.

niedziela, 16 października 2016

Polsko-ukraińskie/warszawsko-żytomierskie spotkanie z kuchnią izraelską.

Wczoraj w Warszawie udałam się z Julią, którą poznałam w Żytomierzu (Ukraina), do Shipudei Berek. Było to jej pierwsze spotkanie z kuchnią izraelską, a moje... nie wiem już które. Wiem jedno, że kuchnia bliskowschodnia, w tym izraelska, jest jedną z moich ulubionych. Miałam okazję smakować jej zarówno w Izraelu, jak i w Warszawie i Krakowie.

Berek nie jest jedynym miejscem w stolicy, gdzie można skosztować izraelskich rarytasów. Prawdę mówiąc, zajrzałam do niego dopiero drugi raz. Jednak wiem, że będę tam wracać. Tak niskie statystyki odwiedzin wynikają zapewne stąd, że miejsce to działa dopiero od roku [właśnie wczoraj świętowali pierwsze urodziny!:)], co oznacza, że przez pierwsze trzy miesiące istnienia Berka przebywałam w Lublinie, a odkąd wróciłam do Warszawy, to jestem w niej tylko częściowo. Jakby nie było, już odkryłam to miejsce [lepiej późno, niż wcale!] i zaznaczyłam je na mapie moich ulubionych restauracji. Szefem kuchni w Berku jest Ofir Vidavsky, pochodzący z Tel Awiwu. Fragment jego zaproszenia na stronie restauracji brzmi: "Berek to rodzaj pocztówki z wakacji. Radość śródziemnomorskiego jedzenia i gorący klimat telawiwskich ulic, którego wspomnienie przeniesione zostało do Warszawy". Dla mnie brzmi to jak zaproszenie do podróży kulinarnej, a że mnie długo na podróże nie trzeba namawiać, a jeśli destynacją jest Izrael, to już w ogóle wiadomo, że powiem: "tak, jadę!", to na pewno skorzystam z tego zaproszenia, zwłaszcza że tymczasowo pobyt w Izraelu jest poza moim zasięgiem, więc jedyne, co mi pozostaje, to właśnie warszawsko-izraelska gastroturystyka. 

Skosztowałyśmy z Julią: shipudim, tradycyjne szaszłyki marynowane w ziołach, oliwie i przyprawach; mezze; hummus i herbatę ze świeżą miętą. Uczta była taka, że czułam, że nie będę jadła przez tydzień [choć dziś rano w okolicy śniadania zmieniłam zdanie:)].

Jako ciekawostkę dodam, że w Berku stworzono Muzeum Fermentacji, co wydaje się ciekawą inicjatywą.

W trakcie spotkania wymieniłyśmy się z Julią podarkami. Ona dostała ode mnie "Lalę" Jacka Dehnela i świecznik, ja zaś zostałam obdarowana czekoladkami, których smak można określić - wybaczcie grubiańskie stwierdzenie, ale za to prawdziwe - "niebo w gębie!". Dodam, że to jedyna książka, z którą Julia wróciła do Żytomierza (dziś jest już na Ukrainie). Dobrze, że jechała autobusem, bo gdyby leciała samolotem, toby miała spory nadbagaż (nie ma to, jak zamiłowanie do podróży i książek!). A na marginesie, czy Wy praktykujecie zwyczaj wymiany podarków w trakcie podróży?


Od lewej: mezze, pita, herbata z miętą, hummus, fragment dekoracji ściany w restauracji "Berek.

Polsko-ukraińska wymiana podarków.

czwartek, 29 września 2016

Od jeżdżenia do jedzenia. Od "palcem po mapie" do "talerzem po mapie" - o jednej z odsłon gastroturystyki

Gastroturystyka to idealna forma dla kogoś, kto lubi podróżowanie, jedzenie i… poznawanie kultur. Nie bez kozery badacze kultury uważają, że jedzenie, posiłek, konsumpcja to swoiste teksty kultury. Wszak jedzenie zawsze coś komunikuje.[1] Co? To odpowiedź na osobne i długie rozważania. Sama turystyka kulinarna wiąże się z turystyką kulturową. Niezależnie od tego, czy zostanie zdefiniowana jako podróż w celu poszukiwania nowych smaków, czy takie poznawanie potraw i napojów zostanie uzupełnione o zaznajomienie się z regionalną tradycją, kulturą lub naturą danego rejonu[2], zazwyczaj będzie łączyć się z ruszeniem w drogę (choćby bliską) i jedzeniem. Gastroturystyka może wiązać się z odwiedzaniem restauracji w miejscowości, które zamieszkujemy[3]. A dzięki temu poznajemy smaki różnych kultur świata, czy też lokalne, regionalne. Jednak turystyka kulinarna łączy się również z eksploracją przestrzeni wiejskich, specjalizujących się w wytwarzaniu konkretnych produktów spożywczych (na przykład sękacz na Podlasiu, wino w województwie lubuskim, żurek na Kujawach) lub znanych ze swoistych im tradycji kulinarnych[4]. Bywa, że doświadczenie gastroturystyczne ma związek z festiwalami kulinarnymi, upowszechniającymi kulturę danego państwa lub regionu. Takie wydarzenia łączą tradycję i współczesność, opierając się na wartościach lokalnych i perspektywie globalnej[5]. Doświadczenie turystyki kulinarnej może się też wiązać z nabywaniem w podróży przypraw, dżemów, kremów, słodyczy, serów, win, herbat, kaw i innych lokalnych rarytasów typowych dla danego kraju czy regionu. A bywa, że łączy się z warsztatami kulinarnymi.
I właśnie takim przejawem turystyki kulinarnej wydają się być działania prowadzone przez Menora InfoPunkt, gdzie oprócz edukacyjnych spotkań kulinarnych mieści się... punkt informacji o żydowskiej Warszawie, a więc niejako tzw. informacja turystyczna, tyle że wyspecjalizowana. A jeśli już tam zajrzymy, by otrzymać mapę żydowskiej Warszawy, uzyskać radę, co zobaczyć lub by zapisać się na wycieczkę po mieście, to warto zwrócić uwagę, że na półkach Menory InfoPunktu stoją książki o kuchni żydowskiej, które można przejrzeć.
Tydzień temu odbył się tam projekt Talerzem po mapie. Różne odcienie kuchni żydowskiej (a to tylko jedno z ich działań kulinarnych). Miałam przyjemność uczestniczyć w rozpoczęciu tego wydarzenia, którego sama nazwa, będąca parafrazą powiedzenia „Palcem po mapie”, uczyniła jego uczestników poniekąd turystami/podróżnikami. Zresztą założeniem tego projektu było odbycie podróży kulinarnej poprzez opowieści mistrzów kuchni i przygotowywanie wspólnie z nimi dań. Dzięki temu można było „zwiedzić” Bliski Wschód, w tym Izrael i sprawdzić, co dzieje się w tamtejszej kuchni, Europę Środkową, a zwłaszcza Polskę, oraz Europę Zachodnią. Poprzez to doświadczenie turystyki kulinarnej uczestnicy projektu dowiedzieli się o wpływach żydowskiej tradycji na smaki i kulinarne inspiracje w poszczególnych miejscach i vice versa. Miałam okazję przemierzyć trochę kilometrów w kuchni z Michelem Moranem. Dzięki temu dowiedziałam się co nieco o kuchni Francji i Żydów sefardyjskich. Wspólnie ze wszystkimi uczestnikami warsztatu przygotowałam danie z bakłażana, pomidorów i dorady (muszę się przyznać – nigdy wcześniej tej ryby, żyjącej w Oceanie Atlantyckim i Morzu Śródziemnym, nie przyrządzałam). A jako że kuchnia żydowska powstała w diasporze, a z nią łączy się rozproszenie i wędrówka, to od czasu do czasu mistrz kuchni i warsztatowicze-„podróżnicy” kulinarni, w tym autorka „Podróży między wierszami”, udawali się na moment także w inne rejony. Co więcej, wyszłam stamtąd z przekonaniem Michela Morana, że najważniejsza w kuchni jest filozofia.
W tym miejscu dodam, że pozostali udali się na „wycieczkę” do Austrii. Przewodniczką grupy poruszającej się w obszarze kuchni Żydów austriackich była Malka Kafka. Niektórzy warsztatowicze-„podróżnicy” kulinarni „zawędrowali” na Bliski Wschód. Poprowadziła ich tam Samar Khanafer, pół-Polka, pół-Libanka. Ta grupa poznała smaki arabskie i izraelskie. Część „turystów” kulinarnych znalazła się w przestrzeni kuchni aszkanezyjskiej. Ich przewodniczką była Dominika Wójciak. Wspomnienie jeżdżenia „talerzem po mapie” podsumuję jej słowami: „Każda kuchnia opowiada historię, a kuchnia żydowska łączy historię milionów ludzi od tysiącleci wędrujących po całym świecie. Czerpie z kuchni wielu regionów dojrzewając przez tysiąclecia”.
Jak widać miejską turystykę kulinarną można uprawiać, nie tylko zaglądając do restauracji, a w tym przypadku mogłyby być to warszawskie lokale specjalizujące się w kuchniach: izraelskiej, żydowskiej, francuskiej, austriackiej, libańskiej, czy też arabskiej; można się zapisać bowiem na warsztat gastroturystyczny. 
Czy warto brać udział w takich wydarzeniach jak Talerzem po mapie…? Moim skromnym zdaniem, oczywiście, że tak. Po pierwsze, mamy wówczas okazję przebywać przez kilka godzin w towarzystwie ciekawych, pełnych pasji ludzi – i można to powiedzieć zarówno o prowadzących, jak i o uczestnikach. A zauważmy, że wielu wskazuje, że w doświadczeniu turystycznym/podróżniczym istotne jest spotkanie z człowiekiem. Po drugie, nie tylko poznajemy przepisy i podróżujemy w przestrzeni (nawet jeśli tylko „talerzem po mapie”), ale także i w czasie, gdyż niektóre dania są naznaczone historią, łączą przeszłość i teraźniejszość. Po trzecie, doświadczamy smaków potraw i poznajemy ich szerszy kontekst kulturowy. Po czwarte, taki warsztat może być dobrą rozrywką, zabawą (choć faktycznie jest nauką poprzez zabawę). A! I mogę dodać, że każdy uczestnik podróży, w której uczestniczyłam, dorzucił do przygotowywanej potrawy, oprócz szczypty przypraw, uśmiech.


Od lewej: okno Menory Info-Punktu od strony Placu Grzybowskiego 2;
półka z książkami, w tym kucharskimi, we wnętrzu Menory.

Michel Moran, mistrz kulinarny, i uczestnicy warsztatów działają w kuchni
w ramach projektu "Talerzem po mapie...". 

Uczestnicy warsztatów z Michelem Moranem działają w kuchni. 

Dorada.

Mistrz kuchni opowiada o jedzeniu, a bakłażany w pomidorach i pulpety z dorady
 leżą na talerzach. Już niedługo nastąpi ich konsumpcja...

Część druga otwarcia projektu "Talerzem po mapie...".
Rozmowa Michela Morana z uczestnikami spotkania o kuchniach żydowskiej, francuskiej i nie tylko o tym.

Część druga otwarcia projektu "Talerzem po mapie...". Uczestnicy spotkania-rozmowy Michelem Moranem mogli się poczęstować takimi oto rarytasami.


sobota, 13 sierpnia 2016

Kierunek: Lubanie, Kujawy

We Wsi-mieście: dialogu od nowa zdefiniowano wieś jako przestrzeń, gdzie wytwarza się żywność, kulturę i więzi społeczne, a także buduje relację człowieka z przyrodą. Jednak wspominano też tam, że nie jest to tylko miejsce, gdzie produkuje się żywność, bo na wsi po prostu się żyje: uczęszcza do szkoły, spotyka z sąsiadami, wychowuje dzieci, odpoczywa, przeżywa starość et cetera.
Lubanie doskonale wpisuje się w tę definicję. Ta dobrze rozwinięta gospodarczo wieś leży w powiecie włocławskim (tak, blisko stamtąd do polskiej stolicy fajansu!). 7 sierpnia dotarły tam „Podróże między wierszami”. Były trzy przyczyny tej wyprawy: kulturoznawczy, krajoznawczy i sentymentalno-towarzyski. Ostatni powód odnosi się do faktu, jakim była moja podróż do Kazachstanu. W Pawłodarze poznałam bowiem – oczywiście między innymi – grupę wokalną Syreny, a potem przejechałam (właściwie powinnam napisać -liśmy, bo byłam tam z towarzyszem podróży, którego tożsamość za moment ujawnię) z nimi ponad siedemset kilometrów, via Astana, do Kokczetawy (Kokszetau) na Ogólnokazachstański Festiwal Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”. We wpisie „Swojskość”? wspominałam, że gdyby ktoś, kogo spotkałam na mej drodze, nie przebywał tam swego czasu, to być może wcale nie wylądowałabym w Kazachstanie. Tym kimś jest Radek. Kilkanaście pierwszych lat życia spędził właśnie w Lubaniu. Zapewne gdyby nie on i lubańskie rodziny społeczników: Bławatów, Budzyńskich (zresztą pochodzi z tej familii), Kowalczyków, to kilka Syren nie dotarłoby na Kujawy. Takie oto zapętlenie trajektorii powstało.

Fot. Joanna, archiwum prywatne, od lewej: wagon typu „kupiejnyje”
 („kupe”, 2 klasa) lub „plackartnyje” („plac karta”, 3 klasa), którym jechaliśmy
z Syrenami; budynek z neonem „Kokszetau”; grupy wokalne Syreny i Narcyz
 z Pawłodaru w trakcie festiwalu w Kokczetawie.
Podróż kulturoznawcza

Powracając jednak do Lubania, to być może słyszeliście o nim, a nawet przejeżdżaliście przez niego, bo przebiega tam Wiślana Trasa Rowerowa. Niestety tym razem nie dotarłam do tej wsi na rowerze. Przybyłam do Lubania bowiem pociągiem. Wśród przyczyn znalezienia się w tej kujawskiej miejscowości wymieniłam też aspekty kulturoznawcze i krajoznawcze. Mianowicie w Lubaniu odbyło się Polsko-Kazachstańskie spotkanie z tradycją kujawską. W jego trakcie można było usłyszeć na żywo grupę wokalną Syreny, a także zobaczyć, jak na Kujawach Nadwiślańskich, zwanych też Białymi, łączą się tradycja regionalna i współczesność, dowiedzieć się co nieco o regionie oraz poznać smaki kujawskie i kazachstańskie. Wydarzenie zorganizowały Urząd Gminy Lubanie i Gminny Ośrodek Kultury, ale de facto również niektórzy mieszkańcy wsi zaangażowali się nieformalnie w jego stworzenie. Przyświecał im wspólny cel – chęć ukazania tradycji regionalnej. Wydaje mi się, że poprzez to działanie dokonali jeszcze czegoś – pokazali, że Lubanie jest fascynującym miejscem do życia i spędzenia wolnego czasu. Niewątpliwe spotkanie to miało charakter animujący społeczność i integrujący ją, ale nie tylko. Wszak można w nim dostrzec cechy reunionu, co prawda nieplanowanego. Mianowicie specjalnie dla kazachstańskich twórczyń do tej miejscowości przybyli ludzie z Warszawy, Krakowa, czy też Pragi czeskiej. W tym miejscu warto zauważyć, że Larysa Krzyżańska – wójt Lubania, stwierdziła w zapowiedzi występu Syren, że są to „odważne kobiety, Kazaszki, które propagują kulturę polską”. Można więc uznać, że tę wieś kujawską i to miasto kazachskie łączy nie tylko Radek, ale też osoby, zajmujące się podobnymi działaniami. Członkinie grupy wokalnej Syreny śpiewają w niej prywatnie, ale na rzecz animowania tamtejszej społeczności i upowszechniania w niej kultury. Na co dzień zaś są: muzyczkami, animatorkami, architektkami itd. W Lubaniu zaprezentowały jeden narodowy utwór kazachski i piosenki polskie z repertuaru ludowego i rozrywkowego. W przypadku muzyki popularnej, nomen omen, można było usłyszeć Remedium, powszechnie kojarzone jako Wsiąść do pociągu byle jakiego.



Fragment Do ciebie Kasiuniu - piosenki wykonanej przez Syreny w Lubaniu. 
Dzięki zaprezentowaniu tej pieśni obrzędowej w 2015 roku ta grupa wokalna zdobyła nagrodę na Ogólnokazachstańskim Festiwalu Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”
w Kokczetawie (Kokszetau) w Kazachstanie. W rolę Jasieńka wcielił się lubański muzyk.



Fot. Joanna, kazachstańscy (pawłodarscy) i kujawscy (lubańscy) artyści za sceną, na scenie i przed sceną.   




Fot. Joanna, roztańczona (najmłodsze pokolenie) i zasłuchana publiczność. 



Dzieciom z grupy tanecznej Kujawy Nadwiślańskie przygrywali muzycy w ludowych strojach regionalnych. Takie odzienie już dawno wyszło z użycia. Obecnie można je zobaczyć zazwyczaj w trakcie imprez kulturalnych upowszechniających tradycję Kujaw.


Fot. Joanna, lubańscy muzycy w ludowych strojach regionalnych.

Mężczyźni widoczni na zdjęciu mają na głowach czarne kapelusze filcowe, które są charakterystyczne dla tamtejszego stroju ludowego, przy czym warto zauważyć, że posiadali je niegdyś bogatsi mężczyźni.[1] Dodam, że kawalerowie przyozdabiali takie pilśniowe nakrycie głowy barwnymi wstążkami lub pawim piórem. Lubańscy muzycy ubrali się w niebieskie kamizelki. Akurat te są bez rękawów, ale w tym kontekście można zauważyć, że na Kujawach spotykano dwa typy kamizelek: z krótkimi, przed łokieć, rękawami bądź właśnie takie bez rękawów. Miały one krój kontuszowy i sięgały do połowy uda, ale te widoczne na zdjęciu są trochę krótsze. Kamizelki przepasano zazwyczaj czerwonym pasem i takie można było zobaczyć w Lubaniu, ale niekiedy bywały one brązowe lub granatowe. Białe koszule wiązano jedwabnymi chustkami, ale przyznam się, że nie wiem, z jakiego materiału są tych muzyków.

Zarówno Syreny, jak i przedstawicielki lubańskiej społeczności przygotowały dla uczestników spotkania poczęstunek w postaci biszparmaku (możecie też usłyszeć o tej potrawie jako o beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku i ciast domowych. W kontekście tego przedostatniego dania, warto przypomnieć, że Oskar Kolberg, etnograf, opisując dziewiętnastowieczną kuchnię typową dla Kujaw, wskazał, że „Na śniadanie [był – PMW-J.] żur z kartoflami lub chlebem”. A Grażyna Szelągowska, starszy kustosz, z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu, przypomniała, że do dzisiaj żurek jest tradycyjną, charakterystyczną potrawą kujawską. Poza tym współcześnie wiele dań w tamtym regionie przygotowywanych jest z kapusty świeżej lub kiszonej, zatem mamy już wytłumaczenie, czemu na lubańskim stole zagościł bigos. Biszparmak (ʻpięć palcówʼ), który zrobiły kobiety z Pawłodaru, to danie spotykane w Azji Środkowej. Składa się ono z mięsa (zazwyczaj baraniny lub koniny, ale w Lubaniu zastąpiono je wołowiną) i klusek. Baursaki można zaś opisać jako wytrawne pączki bez nadzienia, które podaje się na przykład do zup. Jednak na stołach w Lubaniu znalazły się nie tylko potrawy, bo leżały tam również przepisy na nie. Zarówno degustacja dań polskich i kazachskich przygotowanych przez obie strony spotkania, jak i podzielenie się recepturami poniekąd przypominają o antropologicznej koncepcji wymiany darów między grupami, wzajemności, będącej podstawą społecznego i kulturalnego życia. Co więcej, mawia się, że „przez żołądek do serca”. Owszem, jedzenie to coś, co niekiedy sprawia, że zakochujemy się w danej kulturze. Jednak parafrazowałabym to przysłowie i stwierdziłabym, że przez żołądek do wiedzy, bo dzięki skosztowaniu biszparmaku (beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku, czy też ciast domowych mogliśmy dowiedzieć się co nieco o tradycji kujawskiej, a mówiąc szerzej – o kulturze polskiej, czy kazachskiej i to niezależnie, czy byliśmy przyjezdnymi do wsi, czy też jej mieszkańcami. Można zadać sobie też pytanie, co z tej części spotkania mógł wynieść turysta nie przynależny do tych dwóch wspólnot? Odpowiedź brzmi – zyskał doświadczenie gastroturystyczne/turystyki kulinarnej.

Fot. Joanna, od lewej: stół z potrawami kujawskimi i kazachstańskimi oraz przepisami na nie;
biszparmak i baursaki; bigos kujawski.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Krakowski Kleparz pełen przypraw

W tekście Wspomnienie z podróży wyznałam, że jestem przyprawoholiczką. Świadczą o tym choćby sobotnie zakupy, po które udałam się na targowisko na Kleparzu.

W tym miejscu przypomnę, że w tym roku przypada 650. rocznica lokacji Kleparza na prawie magdeburskim. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa przygotowało z tej okazji wystawę Miasto bez murów. W 650. rocznicę lokacji Kleparza (1366-2016). Można ją obejrzeć do 23 października br. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, to serdecznie polecam udanie się do Pałacu Krzysztofory, aby to nadrobić. Dowiemy się z niej o dziejach tego obszaru zarówno wtedy, gdy był samodzielną gminą miejską, jak i wówczas, kiedy stał się częścią Krakowa.

Miejsce, gdzie nabyłam przyprawy, to targowisko, zwane Starym Kleparzem. W strefie stanowisk do wolnej sprzedaży mieści się stoisko z dodatkami aromatycznymi pochodzenia roślinnego. Można tam nabyć nie tylko przyprawy, ale również zioła, konfekcjonowane przez „Kos-Smak”. Są dobrej jakości, a na dodatek w dość sporych objętościowo paczuszkach, toteż według mnie opłaca się je nabyć. Zresztą udałam się po nie na Kleparz nie pierwszy, a zapewne nie ostatni raz. Co więcej, kupowanie przypraw uważam za element gastroturystyki. Uprawiając ją, z jednej strony można zaglądać, będąc na „obczyźnie” do lokalnych miejsc gastronomicznych, z drugiej strony przygotowując się do wyjazdu/wracając z niego, można odwiedzać lokale w miejscu zamieszkania, reprezentujące kuchnie danego kraju. Podobnie jest – między innymi – z przyprawami. Osobiście, gdy jestem w innym kraju bądź w Polsce, ale w innym regionie niż ten przeze mnie zamieszkany, to zawsze staram się nabyć lokalne rarytasy, czego przykładem są choćby: kremy, konfitury, sery, owoce, bakalie, herbaty, słodycze. Oczywiście wysoką pozycję na tej liście zajmują przyprawy. Co prawda te, które nabyłam na kleparskim targowisku, nie pochodzą z Małopolski, lecz są tam jedynie porcjowane i pakowane, to jednak stanowią doskonały wstęp do kulinarnych podróży. Te, które zawędrowały do mojej kuchni, pochodzą z Europy Południowej i Bliskiego Wschodu. W tym roku raczej tam nie polecę, ale za to będę mogła przygotowywać południowoeuropejskie i bliskowschodnie dania lub urozmaicę nimi potrawy polskie.

Wychodząc ze Starego Kleparza, odkryłam trzy wspaniałe sklepy dla kogoś, kto jest gastroturystą/ką. Mianowicie przy Rynku Kleparskim 4 mieszczą się delikatesy orientalne „Dubai Food”. Jeśli ktoś lubi kuchnie: arabską, turecką lub indyjską, to będzie uszczęśliwiony ich asortymentem. Tym razem nabyłam tam tylko tandoori masalę, przy czym od razu dodam, że jest tam o wiele więcej rarytasów niż tylko przyprawy. Mój nabytek to mieszanka przypraw, którą można spotkać zwłaszcza w kuchni indyjskiej, ale jej smak odczujemy też w potrawach arabskich. Składa się ona z: kolendry, kozieradki, kminu, cynamonu, chili, pieprzu czarnego, papryki, imbiru, kardamonu, liści laurowych, cebuli, czosnku, gorczycy, liścia laurowego, gałki muszkatołowej, goździków. Ponadto przy tej samej ulicy – pod adresem Rynek Kleparski 12 – znajduje się „Mahir”. Market Turecki. Zakupiłam w nim mahalep mielony. Są to suszone, a następnie mielone ziarna wiśni wonnej, które doskonale nadają się do wypieków. Już nie mogę się doczekać, kiedy upiekę z nim i melasą bułeczki bezglutenowe (będę musiała zmodyfikować typowy tradycyjny przepis ze względu na swą przypadłość). Tak, dobrze myślicie, niestety słabością „Podróży między wierszami” jest to, że lubi piec ciasta… Ale powracając do tematu Tureckiego Marketu „Mahir”, to znajdziemy w nim wiele tureckich przysmaków. Nie tylko zakupimy tam przyprawy, ale także herbaty i kawy z akcesoriami potrzebnymi do ich przygotowania, sery, różne przekąski, konserwy oraz produkty specjalne dla diabetyków. Wszak właściciel sklepu twierdzi, że ich „misją […] jest stworzenie możliwości przygotowania tradycyjnych, smakowitych potraw tureckich we własnych domach”. Przy okazji tych, którzy lubią gotować, odsyłam na stronę internetową sklepu, bo znajdziecie na niej przepisy (i nie tylko). Co ważne, zarówno w „Dubai Food”, jak i w „Mahir". Markecie Tureckim są przemili i uprzejmi sprzedawcy, a co za tym idzie, cierpliwie odpowiadający na każde pytanie klientów. Ponadto uprzejmie donoszę, że tuż obok sklepu tureckiego, mieści się sklep z Holenderskimi Serami. Już więc nie mogę się doczekać kolejnego pobytu w Krakowie oraz zakupów w tych trzech sklepach i Starym Kleparzu.

Tak na marginesie, nim znalazłam się na Kleparzu, dzień rozpoczęłam od śniadania w Barze Sałatkowym „Chimera” przy ulicy Świętej Anny 3. Co prawda, to miejsce zdecydowanie bardziej adekwatne jest na spożycie obiadu, ale „Podróże między wierszami” ostatnio były na diecie warzywno-owocowej, a w związku z tym wiedziały, że znajdą tam duży wybór dań z produktów roślinnych. Polecam tam zajrzeć ze względu na jego przestrzeń. „Chimera” bowiem mieści się w zadaszonym, ogrzewanym podwórzu średniowiecznej kamienicy, a dosłownie w każdym jej kącie i na ścianach są rośliny doniczkowe, co sprawia, że jest tam przyjemnie „zielono”.

Wejście na targowisko Stary Kleparz.

Szyld "Dubai Food. Delikatesów Orientalnych".

Wejście do "Mahir". Tureckiego Marketu.

Szyld sklepu "Holenderskie Sery".

Przyprawy.

Wnętrze "Chimery" przy ulicy Świętej Anny.

Wnętrze "Chimery".


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wspomnienie podróży

Mawiają, że podróż nie zaczyna się, gdy ruszamy w drogę, i nie kończy w momencie powrotu do miejsca wyjścia. Taką obserwację znajdziemy między innymi u Ryszarda Kapuścińskiego w Podróżach z Herodotem. Fakt. Zanim udamy się na lotnisko, dworzec, a nawet spacer czy przejażdżkę rowerową, jeśli będzie to bliższa trasa, zwykle przygotowujemy się do tego. Gdy zaś doświadczymy podróży, to zostaje ona w naszej pamięci. Wspomnienie o niej lubię podtrzymywać różnymi dobrami (trwałymi, stąd elementy przestrzeni mieszkania i zawartość mojej szafy mają dość zróżnicowane pochodzenie, oraz mniej trwałymi, o czym za moment).

Dlatego też przywożę między innymi z podróży przyprawy (i nie tylko z nich, wszak jestem przyprawoholiczką), dżemy, kremy, słodycze, sery, wina, herbaty. Zazwyczaj są to lokalne rarytasy. W przypadku wyprawy do Kazachstanu były to herbaty, słodycze i kurt. Ostatni wymieniony produkt wzbudza kontrowersje, nawet ogromne. Jedni uważają go za przysmak, inni wręcz przeciwnie – krzywią się na samą myśl o nim. Być może przez słono-kwaśny smak. Kurt bowiem to połączenie serwatki, twarogu i soli. W efekcie procesu suszenia staje się twardy. Nabyłam go u dwóch źródeł w Pawłodarze. Część kurtu kupiłam od kazachskiej sprzedawczyni-gospodyni na targu ulicznym. W swym asortymencie miała dwie jego odmiany: słoną (klasyczną) i słodką (na tę „słodycz” produktu wpływało tylko to, że został on obsypany czymś à la cukier puder). Pozostały przywieziony kurt kupiłam w osiedlowym sklepie spożywczym i był on wyprodukowany w mleczarni. Specjał ten wpisuje się w moje upodobania smakowe (co prawda nie powiem o nim „niebo w gębie”, jednak według mnie jest smaczny. A gdybym mieszkała dłużej w Pawłodarze, to zapewne od czasu do czasu nabywałabym go dla urozmaicenia jadłospisu). Miny mojego towarzysza podróży (który przebywał znacznie dłużej w Kazachstanie niż ja) i naszych pawłodarskich znajomych, gdy usłyszeli, w co się zaopatrzyłam, jednak mówiły co innego o kurcie.

Co zrobić, gdy zapasy żywności (kazachskie bądź pochodzące z innych rejonów, bo to nie jedyna moja podróżnicza destynacja) wyczerpały się w kuchni? Można oglądać zdjęcia, wspominając podróż, czytać relacje o Kazachstanie (niewątpliwie odkąd stamtąd wróciłam, znaczenie wyostrzyła się moja percepcja w kontekście tego państwa. Ciągle widzę bowiem wzmianki o nim) lub innym miejscu, oglądać mapy. Przyznam się, że mam słabość do „Street View”. Ba, cieszy mnie ta funkcja w mapach Google (wykorzystuję ją zresztą też przed ruszeniem w nieznane mi wcześniej miejsca). W ogóle słabość do efektów prac kartografów miałam już w dzieciństwie. Uwielbiałam oglądać atlasy i globus, przy okazji zadając rodzicom „tysiąc” pytań o to, co na nich widziałam. Upodobanie do map przejawia się także w nabywaniu ich przed wyjazdem. Co więcej, ta słabość i zamiłowanie do designu sprawiły, że postanowiłam zamówić grafikę z mapą Pawłodaru w sklepie Maptu. Swego czasu przeczytałam o nich w jednym z magazynów o sztuce użytkowej i zapisałam w pamięci, że taki twórca map-grafik istnieje. Uznałam bowiem, że plakat z siatką kartograficzną pewnego miejsca będzie dobrym prezentem dla kogoś z moich bliskich. W tym miejscu warto dodać, że sami decydujemy, co będzie przedstawiać taka grafika-mapa (miasto czy wieś, uchwycenie przestrzeni całej miejscowości czy zbliżenie na dzielnicę etc.), jak będzie wyglądać (wybór stylu i orientacji), a także jak ją podpiszemy. Gdy zaczęłam przygotowywać teksty o podróży do Kazachstanu (już nie długo pojawią się na blogu), znowu mignęła mi gdzieś wzmianka o Maptu, co sprawiło, że postanowiłam zamówić mapę Pawłodaru.


Zdjęcie grafiki wykonane w pracowni Maptu.

Rozlewisko Irtyszu w Pawłodarze. Na drugim planie widzimy most, który
na mapie możemy zlokalizować tuż nad zakolem rzeki, do którego po prawej stronie przylega miasto.



wtorek, 14 czerwca 2016

Na Zachód… od Warszawy – Milanówek

Wizytę w Milanówku wpisuję w cykl podróży bliskich. Z Warszawy można dotrzeć tam w około trzydzieści minut, udając się trasą na Zachód, o ile środkiem transportu będzie samochód. Podróż trochę się wydłuży, o ile skorzystamy z pociągu „KM”, kolejki „WKD” czy autobusu „PKS”. Wspominam jednak o tym, bo i w taki sposób te miasta są skomunikowane. Zresztą wiecie o tym, bo to „nie Lorelei w mgle śpiewa, lecz gwiżdże EKD”[1]. Osobiście, by tam dotrzeć, wybrałam rower, tyle że dojechałam tam nie z Warszawy.

Wśród warszawsko-podwarszawskich dzieci popularna była i jest rymowanka: „Milanówek – miasto krówek”. Odwołują się w niej do cukierków – „Krówek” z wytwórni cukierków Pomorskiego, tych, które widzicie na zdjęciu. 



A czy wiecie, jaki mają one związek z moją podróżą na Ukrainę? Pomijając fakt, że właśnie je zabrałam, aby podzielić się nimi z osobami, które tam spotkałam. Cukierki, potocznie zwane „ciągutkami”, czy też właśnie „Krówkami z Milanówka”, z moim pobytem na Ukrainie łączy Żytomierz, do którego między innymi dotarłam. Historia ich bowiem sięga Rosji carskiej, kiedy to Feliks Pomorski, wówczas chłopiec z Wielkopolski został wysłany do wuja, mieszkającego na Wołyniu – w Żytomierzu. Tam też z czasem zaczął pomagać w wujowskim zakładzie cukierniczym, gdzie poznał tajniki produkcji. W trakcie drugiej wojny światowej powstała w Milanówku konspiracyjna wytwórnia „Krówek”, a w latach 50. zaczęto je produkować tamże oficjalnie. Jednak nie napiszę o tym, dlaczego tak się stało, bo wspominam o nich tylko dygresyjnie[2].

Wiele osób kojarzy to miasto-ogród także z tekstem piosenki Truskawki w Milanówku napisanym przez Wojciecha Młynarskiego. Są też tacy, którzy słyszeli o nim, bo znają tom wierszy Zachód słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza. Jakkolwiek kojarzymy to miasto, warto po prostu je poznać. Tymczasem nie będę przybliżać tego, co wedle mnie jest warte zobaczenia w Milanówku, bo mogę Wam zarówno polecić aplikację Kierunek Milanówek, jak i zachęcić do odwiedzenia lokalnego Centrum Informacji Turystycznej. Zapewniam za to, że ma on swoisty mikroklimat, wynikający z tego, że milanowska zieleń ma charakter parkowo-leśny, a co do przestrzeni, to eksplorowałam ją nie tyle, co odwiedzając miejsca wzdłuż wyznaczonej trasy, lecz po prostu jeżdżąc po ulicach, spontanicznie podejmując decyzję o skręcaniu w mijane przecznice, i obserwując, co jest dookoła. Zresztą udałam się do Milanówka ze względu na Festiwal „Otwarte ogrody”. Od kilku lat zarówno to miasto, jak i Podkowa Leśna w nim partycypują (i nie tylko one, ale o tej drugiej miejscowości wspominam, bo tam zaczęła się historia tego przedsięwzięcia).

Już kilka razy w tekście pojawiły się: miasto, ogród, miasto-ogród. Nie bez kozery! Mianowicie Milanówek łączy się z tymi określeniami. W tym miejscu przypomnę, że przeszło sto lat temu Ebenezer Howard stworzył koncepcję „miasta-ogrodu”. Współcześnie takie przestrzenie miejskie charakteryzuje niska zabudowa, wielość terenów zielonych takich jak: ogrody, parki, skwery. Howard zakładał, że istotną ideą takiego miasta, a co za tym idzie sposobem realizacji, jest współpraca i samorządność mieszkańców[3], i zdaje się, że w dużej mierze Milanówek ją realizuje. 

W ramach Festiwalu „Otwarte ogrody” chciałam dotrzeć na wystawę Polska lalka artystyczna, której towarzyszyła projekcja filmu Lalki nie są do zabawy Jana Strękowskiego oraz spektakl dla dzieci i dorosłych Kłębuszka w wykonaniu Alicji Pietruszki i Weroniki Lewoń. Niestety w sobotę nie mogłam się wybrać na wyprawę rowerową, a tym samym nie dotarłam do ogrodu, w którym bywa Kłębuszka.

Udało się za to w niedzielę! Zwieńczeniem rowerowego odkrywania milanowskich przestrzeni było spotkanie W ogródku u Szekspira zorganizowane przez Małgorzatę Wałaszek, dyrygentkę i wokalistkę. W jego trakcie odbyło się otwarte czytanie sceniczne Wesołych kumoszek z Windsoru z udziałem publiczności przeplatane muzyką z epoki wykonaną na instrumentach dawnych (i nie tylko). Wałaszek zaprosiła do performatywnego czytania komedii Williama Szekspira osoby, które na co dzień pracują w różnych branżach. Tylko nieliczni z nich mają zawodowy kontakt ze sceną. Wszyscy jednak wykazali się predylekcjami aktorskimi. W przerwach między aktami Małgorzata Wałaszek odkryła się przed publicznością jako doskonała opowiadaczka oraz, co po pierwsze, wykonawczyni muzyki dawnej (śpiew i flet prosty). W antraktach wraz z nią występował zespół „Sheakespearience” (dwie lutnie renesansowe, dwa flety proste, wiolonczela i skrzypce), który zebrał się na tę okoliczność. Wydarzenie to miało charakter animujący społeczność, gdyż gości – sąsiadów i turystów – wciągnięto w głośne czytanie komedii. Co więcej, to interaktywne spotkanie wzbudziło wśród nich ogromny entuzjazm. Dziękuję jego twórcom za ciekawą – i zabawną – podróż muzyczno-teatralno-czytelniczą oraz świetną atmosferę. „Sheakespearience” życzę, aby mieli więcej okazji do wspólnego grania.

Organizatorzy Festiwalu „Otwarte Ogrody” twierdzą, że najlepszym czasem do poznania warszawskich miast-ogrodów czy szerzej – mazowieckich jest właśnie to wydarzenie, i coś w tym jest. Takie poznawanie przestrzeni wymyka się bowiem typowemu/ej podróżowaniu/turystyce. Pozwala zatrzymać się w miejscu, do którego zazwyczaj będąc podróżniczką/turystyką [lub podróżnikiem/turystą, oczywiście], nie zajrzymy – do prywatnego ogrodu. Warto jednak pamiętać, że nie tylko doświadczymy tej przestrzeni, ale też poznamy jego właścicieli. Mam nadzieję, że w kolejnych latach będę mogła nie tylko powrócić do ogrodu Małgorzaty Wałaszek, ale że poznam też kolejne, nie tylko milanowskie. Abstrahując zaś od turystów, to Festiwal „Otwarte Ogrody” integruje po prostu lokalną społeczność.


Od lewej Małgorzata Wałaszek - organizatorka spotkania W ogródku u Szekspira - "Wesołe kumoszki z Windsoru". Otwarte czytanie sceniczne.


Czytanie sztuki przeplatane muzyką dawną.

Publiczne czytanie "Wesołych kumoszek z Windsoru".

Goście-publiczność w ogrodzie.

[1] Wojciech Młynarski, Truskawki w Milanówku, 1988. EKD zmieniła nazwę na WKD w 1947 roku. Więcej zob. Historia EKD/WKD, http://www.wkd.com.pl/o-wkd/historia-ekd-wkd.html
[2] Historię Feliksa Pomorskiego i tego, jak „Krówki” stały się „z Milanówka”, możecie zgłębić:
Czytając artykuł Radosław Nawrot, A hrabina siedzi i zawija je w te papierki, Wyborcza.pl, 17 grudnia 2011,
Korzystając z aplikacji Kierunek Milanówek: http://www.kierunek.milanowek.pl/ .
Zapoznając się z historią „Krówek” opublikowaną na stronie producenta: http://www.krowki-pomorski.pl/o-firmie.php .
[3] Więcej o koncepcji miasta-ogrodu: Katarzyna Pluta, Idea miasta-ogrodu – panaceum na rozproszenie miast, https://suw.biblos.pk.edu.pl/resources/i4/i5/i8/r458/PlutaK_IdeaMiasta.pdf 
Strona Festiwalu „Otwarte Ogrody” http://www.otwarteogrody.pl/