Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2016

Polsko-ukraińskie/warszawsko-żytomierskie spotkanie z kuchnią izraelską.

Wczoraj w Warszawie udałam się z Julią, którą poznałam w Żytomierzu (Ukraina), do Shipudei Berek. Było to jej pierwsze spotkanie z kuchnią izraelską, a moje... nie wiem już które. Wiem jedno, że kuchnia bliskowschodnia, w tym izraelska, jest jedną z moich ulubionych. Miałam okazję smakować jej zarówno w Izraelu, jak i w Warszawie i Krakowie.

Berek nie jest jedynym miejscem w stolicy, gdzie można skosztować izraelskich rarytasów. Prawdę mówiąc, zajrzałam do niego dopiero drugi raz. Jednak wiem, że będę tam wracać. Tak niskie statystyki odwiedzin wynikają zapewne stąd, że miejsce to działa dopiero od roku [właśnie wczoraj świętowali pierwsze urodziny!:)], co oznacza, że przez pierwsze trzy miesiące istnienia Berka przebywałam w Lublinie, a odkąd wróciłam do Warszawy, to jestem w niej tylko częściowo. Jakby nie było, już odkryłam to miejsce [lepiej późno, niż wcale!] i zaznaczyłam je na mapie moich ulubionych restauracji. Szefem kuchni w Berku jest Ofir Vidavsky, pochodzący z Tel Awiwu. Fragment jego zaproszenia na stronie restauracji brzmi: "Berek to rodzaj pocztówki z wakacji. Radość śródziemnomorskiego jedzenia i gorący klimat telawiwskich ulic, którego wspomnienie przeniesione zostało do Warszawy". Dla mnie brzmi to jak zaproszenie do podróży kulinarnej, a że mnie długo na podróże nie trzeba namawiać, a jeśli destynacją jest Izrael, to już w ogóle wiadomo, że powiem: "tak, jadę!", to na pewno skorzystam z tego zaproszenia, zwłaszcza że tymczasowo pobyt w Izraelu jest poza moim zasięgiem, więc jedyne, co mi pozostaje, to właśnie warszawsko-izraelska gastroturystyka. 

Skosztowałyśmy z Julią: shipudim, tradycyjne szaszłyki marynowane w ziołach, oliwie i przyprawach; mezze; hummus i herbatę ze świeżą miętą. Uczta była taka, że czułam, że nie będę jadła przez tydzień [choć dziś rano w okolicy śniadania zmieniłam zdanie:)].

Jako ciekawostkę dodam, że w Berku stworzono Muzeum Fermentacji, co wydaje się ciekawą inicjatywą.

W trakcie spotkania wymieniłyśmy się z Julią podarkami. Ona dostała ode mnie "Lalę" Jacka Dehnela i świecznik, ja zaś zostałam obdarowana czekoladkami, których smak można określić - wybaczcie grubiańskie stwierdzenie, ale za to prawdziwe - "niebo w gębie!". Dodam, że to jedyna książka, z którą Julia wróciła do Żytomierza (dziś jest już na Ukrainie). Dobrze, że jechała autobusem, bo gdyby leciała samolotem, toby miała spory nadbagaż (nie ma to, jak zamiłowanie do podróży i książek!). A na marginesie, czy Wy praktykujecie zwyczaj wymiany podarków w trakcie podróży?


Od lewej: mezze, pita, herbata z miętą, hummus, fragment dekoracji ściany w restauracji "Berek.

Polsko-ukraińska wymiana podarków.

czwartek, 29 września 2016

Od jeżdżenia do jedzenia. Od "palcem po mapie" do "talerzem po mapie" - o jednej z odsłon gastroturystyki

Gastroturystyka to idealna forma dla kogoś, kto lubi podróżowanie, jedzenie i… poznawanie kultur. Nie bez kozery badacze kultury uważają, że jedzenie, posiłek, konsumpcja to swoiste teksty kultury. Wszak jedzenie zawsze coś komunikuje.[1] Co? To odpowiedź na osobne i długie rozważania. Sama turystyka kulinarna wiąże się z turystyką kulturową. Niezależnie od tego, czy zostanie zdefiniowana jako podróż w celu poszukiwania nowych smaków, czy takie poznawanie potraw i napojów zostanie uzupełnione o zaznajomienie się z regionalną tradycją, kulturą lub naturą danego rejonu[2], zazwyczaj będzie łączyć się z ruszeniem w drogę (choćby bliską) i jedzeniem. Gastroturystyka może wiązać się z odwiedzaniem restauracji w miejscowości, które zamieszkujemy[3]. A dzięki temu poznajemy smaki różnych kultur świata, czy też lokalne, regionalne. Jednak turystyka kulinarna łączy się również z eksploracją przestrzeni wiejskich, specjalizujących się w wytwarzaniu konkretnych produktów spożywczych (na przykład sękacz na Podlasiu, wino w województwie lubuskim, żurek na Kujawach) lub znanych ze swoistych im tradycji kulinarnych[4]. Bywa, że doświadczenie gastroturystyczne ma związek z festiwalami kulinarnymi, upowszechniającymi kulturę danego państwa lub regionu. Takie wydarzenia łączą tradycję i współczesność, opierając się na wartościach lokalnych i perspektywie globalnej[5]. Doświadczenie turystyki kulinarnej może się też wiązać z nabywaniem w podróży przypraw, dżemów, kremów, słodyczy, serów, win, herbat, kaw i innych lokalnych rarytasów typowych dla danego kraju czy regionu. A bywa, że łączy się z warsztatami kulinarnymi.
I właśnie takim przejawem turystyki kulinarnej wydają się być działania prowadzone przez Menora InfoPunkt, gdzie oprócz edukacyjnych spotkań kulinarnych mieści się... punkt informacji o żydowskiej Warszawie, a więc niejako tzw. informacja turystyczna, tyle że wyspecjalizowana. A jeśli już tam zajrzymy, by otrzymać mapę żydowskiej Warszawy, uzyskać radę, co zobaczyć lub by zapisać się na wycieczkę po mieście, to warto zwrócić uwagę, że na półkach Menory InfoPunktu stoją książki o kuchni żydowskiej, które można przejrzeć.
Tydzień temu odbył się tam projekt Talerzem po mapie. Różne odcienie kuchni żydowskiej (a to tylko jedno z ich działań kulinarnych). Miałam przyjemność uczestniczyć w rozpoczęciu tego wydarzenia, którego sama nazwa, będąca parafrazą powiedzenia „Palcem po mapie”, uczyniła jego uczestników poniekąd turystami/podróżnikami. Zresztą założeniem tego projektu było odbycie podróży kulinarnej poprzez opowieści mistrzów kuchni i przygotowywanie wspólnie z nimi dań. Dzięki temu można było „zwiedzić” Bliski Wschód, w tym Izrael i sprawdzić, co dzieje się w tamtejszej kuchni, Europę Środkową, a zwłaszcza Polskę, oraz Europę Zachodnią. Poprzez to doświadczenie turystyki kulinarnej uczestnicy projektu dowiedzieli się o wpływach żydowskiej tradycji na smaki i kulinarne inspiracje w poszczególnych miejscach i vice versa. Miałam okazję przemierzyć trochę kilometrów w kuchni z Michelem Moranem. Dzięki temu dowiedziałam się co nieco o kuchni Francji i Żydów sefardyjskich. Wspólnie ze wszystkimi uczestnikami warsztatu przygotowałam danie z bakłażana, pomidorów i dorady (muszę się przyznać – nigdy wcześniej tej ryby, żyjącej w Oceanie Atlantyckim i Morzu Śródziemnym, nie przyrządzałam). A jako że kuchnia żydowska powstała w diasporze, a z nią łączy się rozproszenie i wędrówka, to od czasu do czasu mistrz kuchni i warsztatowicze-„podróżnicy” kulinarni, w tym autorka „Podróży między wierszami”, udawali się na moment także w inne rejony. Co więcej, wyszłam stamtąd z przekonaniem Michela Morana, że najważniejsza w kuchni jest filozofia.
W tym miejscu dodam, że pozostali udali się na „wycieczkę” do Austrii. Przewodniczką grupy poruszającej się w obszarze kuchni Żydów austriackich była Malka Kafka. Niektórzy warsztatowicze-„podróżnicy” kulinarni „zawędrowali” na Bliski Wschód. Poprowadziła ich tam Samar Khanafer, pół-Polka, pół-Libanka. Ta grupa poznała smaki arabskie i izraelskie. Część „turystów” kulinarnych znalazła się w przestrzeni kuchni aszkanezyjskiej. Ich przewodniczką była Dominika Wójciak. Wspomnienie jeżdżenia „talerzem po mapie” podsumuję jej słowami: „Każda kuchnia opowiada historię, a kuchnia żydowska łączy historię milionów ludzi od tysiącleci wędrujących po całym świecie. Czerpie z kuchni wielu regionów dojrzewając przez tysiąclecia”.
Jak widać miejską turystykę kulinarną można uprawiać, nie tylko zaglądając do restauracji, a w tym przypadku mogłyby być to warszawskie lokale specjalizujące się w kuchniach: izraelskiej, żydowskiej, francuskiej, austriackiej, libańskiej, czy też arabskiej; można się zapisać bowiem na warsztat gastroturystyczny. 
Czy warto brać udział w takich wydarzeniach jak Talerzem po mapie…? Moim skromnym zdaniem, oczywiście, że tak. Po pierwsze, mamy wówczas okazję przebywać przez kilka godzin w towarzystwie ciekawych, pełnych pasji ludzi – i można to powiedzieć zarówno o prowadzących, jak i o uczestnikach. A zauważmy, że wielu wskazuje, że w doświadczeniu turystycznym/podróżniczym istotne jest spotkanie z człowiekiem. Po drugie, nie tylko poznajemy przepisy i podróżujemy w przestrzeni (nawet jeśli tylko „talerzem po mapie”), ale także i w czasie, gdyż niektóre dania są naznaczone historią, łączą przeszłość i teraźniejszość. Po trzecie, doświadczamy smaków potraw i poznajemy ich szerszy kontekst kulturowy. Po czwarte, taki warsztat może być dobrą rozrywką, zabawą (choć faktycznie jest nauką poprzez zabawę). A! I mogę dodać, że każdy uczestnik podróży, w której uczestniczyłam, dorzucił do przygotowywanej potrawy, oprócz szczypty przypraw, uśmiech.


Od lewej: okno Menory Info-Punktu od strony Placu Grzybowskiego 2;
półka z książkami, w tym kucharskimi, we wnętrzu Menory.

Michel Moran, mistrz kulinarny, i uczestnicy warsztatów działają w kuchni
w ramach projektu "Talerzem po mapie...". 

Uczestnicy warsztatów z Michelem Moranem działają w kuchni. 

Dorada.

Mistrz kuchni opowiada o jedzeniu, a bakłażany w pomidorach i pulpety z dorady
 leżą na talerzach. Już niedługo nastąpi ich konsumpcja...

Część druga otwarcia projektu "Talerzem po mapie...".
Rozmowa Michela Morana z uczestnikami spotkania o kuchniach żydowskiej, francuskiej i nie tylko o tym.

Część druga otwarcia projektu "Talerzem po mapie...". Uczestnicy spotkania-rozmowy Michelem Moranem mogli się poczęstować takimi oto rarytasami.


sobota, 13 sierpnia 2016

Kierunek: Lubanie, Kujawy

We Wsi-mieście: dialogu od nowa zdefiniowano wieś jako przestrzeń, gdzie wytwarza się żywność, kulturę i więzi społeczne, a także buduje relację człowieka z przyrodą. Jednak wspominano też tam, że nie jest to tylko miejsce, gdzie produkuje się żywność, bo na wsi po prostu się żyje: uczęszcza do szkoły, spotyka z sąsiadami, wychowuje dzieci, odpoczywa, przeżywa starość et cetera.
Lubanie doskonale wpisuje się w tę definicję. Ta dobrze rozwinięta gospodarczo wieś leży w powiecie włocławskim (tak, blisko stamtąd do polskiej stolicy fajansu!). 7 sierpnia dotarły tam „Podróże między wierszami”. Były trzy przyczyny tej wyprawy: kulturoznawczy, krajoznawczy i sentymentalno-towarzyski. Ostatni powód odnosi się do faktu, jakim była moja podróż do Kazachstanu. W Pawłodarze poznałam bowiem – oczywiście między innymi – grupę wokalną Syreny, a potem przejechałam (właściwie powinnam napisać -liśmy, bo byłam tam z towarzyszem podróży, którego tożsamość za moment ujawnię) z nimi ponad siedemset kilometrów, via Astana, do Kokczetawy (Kokszetau) na Ogólnokazachstański Festiwal Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”. We wpisie „Swojskość”? wspominałam, że gdyby ktoś, kogo spotkałam na mej drodze, nie przebywał tam swego czasu, to być może wcale nie wylądowałabym w Kazachstanie. Tym kimś jest Radek. Kilkanaście pierwszych lat życia spędził właśnie w Lubaniu. Zapewne gdyby nie on i lubańskie rodziny społeczników: Bławatów, Budzyńskich (zresztą pochodzi z tej familii), Kowalczyków, to kilka Syren nie dotarłoby na Kujawy. Takie oto zapętlenie trajektorii powstało.

Fot. Joanna, archiwum prywatne, od lewej: wagon typu „kupiejnyje”
 („kupe”, 2 klasa) lub „plackartnyje” („plac karta”, 3 klasa), którym jechaliśmy
z Syrenami; budynek z neonem „Kokszetau”; grupy wokalne Syreny i Narcyz
 z Pawłodaru w trakcie festiwalu w Kokczetawie.
Podróż kulturoznawcza

Powracając jednak do Lubania, to być może słyszeliście o nim, a nawet przejeżdżaliście przez niego, bo przebiega tam Wiślana Trasa Rowerowa. Niestety tym razem nie dotarłam do tej wsi na rowerze. Przybyłam do Lubania bowiem pociągiem. Wśród przyczyn znalezienia się w tej kujawskiej miejscowości wymieniłam też aspekty kulturoznawcze i krajoznawcze. Mianowicie w Lubaniu odbyło się Polsko-Kazachstańskie spotkanie z tradycją kujawską. W jego trakcie można było usłyszeć na żywo grupę wokalną Syreny, a także zobaczyć, jak na Kujawach Nadwiślańskich, zwanych też Białymi, łączą się tradycja regionalna i współczesność, dowiedzieć się co nieco o regionie oraz poznać smaki kujawskie i kazachstańskie. Wydarzenie zorganizowały Urząd Gminy Lubanie i Gminny Ośrodek Kultury, ale de facto również niektórzy mieszkańcy wsi zaangażowali się nieformalnie w jego stworzenie. Przyświecał im wspólny cel – chęć ukazania tradycji regionalnej. Wydaje mi się, że poprzez to działanie dokonali jeszcze czegoś – pokazali, że Lubanie jest fascynującym miejscem do życia i spędzenia wolnego czasu. Niewątpliwe spotkanie to miało charakter animujący społeczność i integrujący ją, ale nie tylko. Wszak można w nim dostrzec cechy reunionu, co prawda nieplanowanego. Mianowicie specjalnie dla kazachstańskich twórczyń do tej miejscowości przybyli ludzie z Warszawy, Krakowa, czy też Pragi czeskiej. W tym miejscu warto zauważyć, że Larysa Krzyżańska – wójt Lubania, stwierdziła w zapowiedzi występu Syren, że są to „odważne kobiety, Kazaszki, które propagują kulturę polską”. Można więc uznać, że tę wieś kujawską i to miasto kazachskie łączy nie tylko Radek, ale też osoby, zajmujące się podobnymi działaniami. Członkinie grupy wokalnej Syreny śpiewają w niej prywatnie, ale na rzecz animowania tamtejszej społeczności i upowszechniania w niej kultury. Na co dzień zaś są: muzyczkami, animatorkami, architektkami itd. W Lubaniu zaprezentowały jeden narodowy utwór kazachski i piosenki polskie z repertuaru ludowego i rozrywkowego. W przypadku muzyki popularnej, nomen omen, można było usłyszeć Remedium, powszechnie kojarzone jako Wsiąść do pociągu byle jakiego.



Fragment Do ciebie Kasiuniu - piosenki wykonanej przez Syreny w Lubaniu. 
Dzięki zaprezentowaniu tej pieśni obrzędowej w 2015 roku ta grupa wokalna zdobyła nagrodę na Ogólnokazachstańskim Festiwalu Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”
w Kokczetawie (Kokszetau) w Kazachstanie. W rolę Jasieńka wcielił się lubański muzyk.



Fot. Joanna, kazachstańscy (pawłodarscy) i kujawscy (lubańscy) artyści za sceną, na scenie i przed sceną.   




Fot. Joanna, roztańczona (najmłodsze pokolenie) i zasłuchana publiczność. 



Dzieciom z grupy tanecznej Kujawy Nadwiślańskie przygrywali muzycy w ludowych strojach regionalnych. Takie odzienie już dawno wyszło z użycia. Obecnie można je zobaczyć zazwyczaj w trakcie imprez kulturalnych upowszechniających tradycję Kujaw.


Fot. Joanna, lubańscy muzycy w ludowych strojach regionalnych.

Mężczyźni widoczni na zdjęciu mają na głowach czarne kapelusze filcowe, które są charakterystyczne dla tamtejszego stroju ludowego, przy czym warto zauważyć, że posiadali je niegdyś bogatsi mężczyźni.[1] Dodam, że kawalerowie przyozdabiali takie pilśniowe nakrycie głowy barwnymi wstążkami lub pawim piórem. Lubańscy muzycy ubrali się w niebieskie kamizelki. Akurat te są bez rękawów, ale w tym kontekście można zauważyć, że na Kujawach spotykano dwa typy kamizelek: z krótkimi, przed łokieć, rękawami bądź właśnie takie bez rękawów. Miały one krój kontuszowy i sięgały do połowy uda, ale te widoczne na zdjęciu są trochę krótsze. Kamizelki przepasano zazwyczaj czerwonym pasem i takie można było zobaczyć w Lubaniu, ale niekiedy bywały one brązowe lub granatowe. Białe koszule wiązano jedwabnymi chustkami, ale przyznam się, że nie wiem, z jakiego materiału są tych muzyków.

Zarówno Syreny, jak i przedstawicielki lubańskiej społeczności przygotowały dla uczestników spotkania poczęstunek w postaci biszparmaku (możecie też usłyszeć o tej potrawie jako o beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku i ciast domowych. W kontekście tego przedostatniego dania, warto przypomnieć, że Oskar Kolberg, etnograf, opisując dziewiętnastowieczną kuchnię typową dla Kujaw, wskazał, że „Na śniadanie [był – PMW-J.] żur z kartoflami lub chlebem”. A Grażyna Szelągowska, starszy kustosz, z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu, przypomniała, że do dzisiaj żurek jest tradycyjną, charakterystyczną potrawą kujawską. Poza tym współcześnie wiele dań w tamtym regionie przygotowywanych jest z kapusty świeżej lub kiszonej, zatem mamy już wytłumaczenie, czemu na lubańskim stole zagościł bigos. Biszparmak (ʻpięć palcówʼ), który zrobiły kobiety z Pawłodaru, to danie spotykane w Azji Środkowej. Składa się ono z mięsa (zazwyczaj baraniny lub koniny, ale w Lubaniu zastąpiono je wołowiną) i klusek. Baursaki można zaś opisać jako wytrawne pączki bez nadzienia, które podaje się na przykład do zup. Jednak na stołach w Lubaniu znalazły się nie tylko potrawy, bo leżały tam również przepisy na nie. Zarówno degustacja dań polskich i kazachskich przygotowanych przez obie strony spotkania, jak i podzielenie się recepturami poniekąd przypominają o antropologicznej koncepcji wymiany darów między grupami, wzajemności, będącej podstawą społecznego i kulturalnego życia. Co więcej, mawia się, że „przez żołądek do serca”. Owszem, jedzenie to coś, co niekiedy sprawia, że zakochujemy się w danej kulturze. Jednak parafrazowałabym to przysłowie i stwierdziłabym, że przez żołądek do wiedzy, bo dzięki skosztowaniu biszparmaku (beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku, czy też ciast domowych mogliśmy dowiedzieć się co nieco o tradycji kujawskiej, a mówiąc szerzej – o kulturze polskiej, czy kazachskiej i to niezależnie, czy byliśmy przyjezdnymi do wsi, czy też jej mieszkańcami. Można zadać sobie też pytanie, co z tej części spotkania mógł wynieść turysta nie przynależny do tych dwóch wspólnot? Odpowiedź brzmi – zyskał doświadczenie gastroturystyczne/turystyki kulinarnej.

Fot. Joanna, od lewej: stół z potrawami kujawskimi i kazachstańskimi oraz przepisami na nie;
biszparmak i baursaki; bigos kujawski.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Krakowski Kleparz pełen przypraw

W tekście Wspomnienie z podróży wyznałam, że jestem przyprawoholiczką. Świadczą o tym choćby sobotnie zakupy, po które udałam się na targowisko na Kleparzu.

W tym miejscu przypomnę, że w tym roku przypada 650. rocznica lokacji Kleparza na prawie magdeburskim. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa przygotowało z tej okazji wystawę Miasto bez murów. W 650. rocznicę lokacji Kleparza (1366-2016). Można ją obejrzeć do 23 października br. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, to serdecznie polecam udanie się do Pałacu Krzysztofory, aby to nadrobić. Dowiemy się z niej o dziejach tego obszaru zarówno wtedy, gdy był samodzielną gminą miejską, jak i wówczas, kiedy stał się częścią Krakowa.

Miejsce, gdzie nabyłam przyprawy, to targowisko, zwane Starym Kleparzem. W strefie stanowisk do wolnej sprzedaży mieści się stoisko z dodatkami aromatycznymi pochodzenia roślinnego. Można tam nabyć nie tylko przyprawy, ale również zioła, konfekcjonowane przez „Kos-Smak”. Są dobrej jakości, a na dodatek w dość sporych objętościowo paczuszkach, toteż według mnie opłaca się je nabyć. Zresztą udałam się po nie na Kleparz nie pierwszy, a zapewne nie ostatni raz. Co więcej, kupowanie przypraw uważam za element gastroturystyki. Uprawiając ją, z jednej strony można zaglądać, będąc na „obczyźnie” do lokalnych miejsc gastronomicznych, z drugiej strony przygotowując się do wyjazdu/wracając z niego, można odwiedzać lokale w miejscu zamieszkania, reprezentujące kuchnie danego kraju. Podobnie jest – między innymi – z przyprawami. Osobiście, gdy jestem w innym kraju bądź w Polsce, ale w innym regionie niż ten przeze mnie zamieszkany, to zawsze staram się nabyć lokalne rarytasy, czego przykładem są choćby: kremy, konfitury, sery, owoce, bakalie, herbaty, słodycze. Oczywiście wysoką pozycję na tej liście zajmują przyprawy. Co prawda te, które nabyłam na kleparskim targowisku, nie pochodzą z Małopolski, lecz są tam jedynie porcjowane i pakowane, to jednak stanowią doskonały wstęp do kulinarnych podróży. Te, które zawędrowały do mojej kuchni, pochodzą z Europy Południowej i Bliskiego Wschodu. W tym roku raczej tam nie polecę, ale za to będę mogła przygotowywać południowoeuropejskie i bliskowschodnie dania lub urozmaicę nimi potrawy polskie.

Wychodząc ze Starego Kleparza, odkryłam trzy wspaniałe sklepy dla kogoś, kto jest gastroturystą/ką. Mianowicie przy Rynku Kleparskim 4 mieszczą się delikatesy orientalne „Dubai Food”. Jeśli ktoś lubi kuchnie: arabską, turecką lub indyjską, to będzie uszczęśliwiony ich asortymentem. Tym razem nabyłam tam tylko tandoori masalę, przy czym od razu dodam, że jest tam o wiele więcej rarytasów niż tylko przyprawy. Mój nabytek to mieszanka przypraw, którą można spotkać zwłaszcza w kuchni indyjskiej, ale jej smak odczujemy też w potrawach arabskich. Składa się ona z: kolendry, kozieradki, kminu, cynamonu, chili, pieprzu czarnego, papryki, imbiru, kardamonu, liści laurowych, cebuli, czosnku, gorczycy, liścia laurowego, gałki muszkatołowej, goździków. Ponadto przy tej samej ulicy – pod adresem Rynek Kleparski 12 – znajduje się „Mahir”. Market Turecki. Zakupiłam w nim mahalep mielony. Są to suszone, a następnie mielone ziarna wiśni wonnej, które doskonale nadają się do wypieków. Już nie mogę się doczekać, kiedy upiekę z nim i melasą bułeczki bezglutenowe (będę musiała zmodyfikować typowy tradycyjny przepis ze względu na swą przypadłość). Tak, dobrze myślicie, niestety słabością „Podróży między wierszami” jest to, że lubi piec ciasta… Ale powracając do tematu Tureckiego Marketu „Mahir”, to znajdziemy w nim wiele tureckich przysmaków. Nie tylko zakupimy tam przyprawy, ale także herbaty i kawy z akcesoriami potrzebnymi do ich przygotowania, sery, różne przekąski, konserwy oraz produkty specjalne dla diabetyków. Wszak właściciel sklepu twierdzi, że ich „misją […] jest stworzenie możliwości przygotowania tradycyjnych, smakowitych potraw tureckich we własnych domach”. Przy okazji tych, którzy lubią gotować, odsyłam na stronę internetową sklepu, bo znajdziecie na niej przepisy (i nie tylko). Co ważne, zarówno w „Dubai Food”, jak i w „Mahir". Markecie Tureckim są przemili i uprzejmi sprzedawcy, a co za tym idzie, cierpliwie odpowiadający na każde pytanie klientów. Ponadto uprzejmie donoszę, że tuż obok sklepu tureckiego, mieści się sklep z Holenderskimi Serami. Już więc nie mogę się doczekać kolejnego pobytu w Krakowie oraz zakupów w tych trzech sklepach i Starym Kleparzu.

Tak na marginesie, nim znalazłam się na Kleparzu, dzień rozpoczęłam od śniadania w Barze Sałatkowym „Chimera” przy ulicy Świętej Anny 3. Co prawda, to miejsce zdecydowanie bardziej adekwatne jest na spożycie obiadu, ale „Podróże między wierszami” ostatnio były na diecie warzywno-owocowej, a w związku z tym wiedziały, że znajdą tam duży wybór dań z produktów roślinnych. Polecam tam zajrzeć ze względu na jego przestrzeń. „Chimera” bowiem mieści się w zadaszonym, ogrzewanym podwórzu średniowiecznej kamienicy, a dosłownie w każdym jej kącie i na ścianach są rośliny doniczkowe, co sprawia, że jest tam przyjemnie „zielono”.

Wejście na targowisko Stary Kleparz.

Szyld "Dubai Food. Delikatesów Orientalnych".

Wejście do "Mahir". Tureckiego Marketu.

Szyld sklepu "Holenderskie Sery".

Przyprawy.

Wnętrze "Chimery" przy ulicy Świętej Anny.

Wnętrze "Chimery".


czwartek, 7 lipca 2016

Spacer po żydowskiej Warszawie

Gdzie we współczesnej Warszawie jest epicentrum kultury żydowskiej? Oczywiście przy placu Grzybowskim! Znajduje się tam Gmina Żydowska w Warszawie [tak, wiem, jest przy Twardej 6, ale właściwie przylega do placu]. Swoją siedzibę mają tam też - między innymi - Stowarzyszanie „Dzieci Holocaustu” w Polsce, Fundacja Shalom, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, a od kilku miesięcy działa tam Menora Info Punkt [wspominałam już Wam o nim dwa miesiące temu na Facebookowym profilu "PMW" w kontekście multimedialnego przewodnika "Żydowska Warszawa"] prowadzony przez Muzeum POLIN we współpracy z Fundacją Centrum Taubego Odnowy Życia Żydowskiego w Polsce. Blisko stamtąd do ulicy Próżnej. Wielu znamienitych reprezentantów społeczności żydowskiej niegdyś przy niej mieszkało. Po Szoa stała się zaś ocalałym architektonicznym fragmentem żydowskiej Warszawy. Powracając jednak do Menory, którą odwiedziłam przedwczoraj w trakcie spaceru, to znajduje się ona przy placu Grzybowskim 2. Kiedyś mieściła się tu słynna restauracja z kuchnią żydowską. Obecnie zaś jest punkt informacyjny o żydowskiej Warszawie. Można tam spotkać Magdę Maślak, specjalistkę za zakresu judaizmu. Jako że jest kopalnią wiedzy, a na dodatek sympatyczną osobą, to każdemu, kto pojawi się w przestrzeni Menory podpowie, co jest ciekawego w Warszawie w kontekście historii i kultury żydowskiej. Ponadto w punkcie informacyjnym można przejrzeć książki z kuchnią żydowską [wedle mnie świetny pomysł!], odszukać dawny adres na wiszącej na ścianie mapie przedwojennej Warszawy, skorzystać z dostępnych baz internetowych i platform. Znajduje się tam również sala spotkań dla organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną praw człowieka, edukacją obywatelską, przeciwdziałaniem antysemityzmowi, rasizmowi i dyskryminacji, w której można bezkosztowo zorganizować spotkanie bądź zajęcia. A co więcej, jest tam przestrzeń na warsztaty kulinarne [pod linkiem załączam informację o jednym z nich; zatytułowanym Tradycyjna wieczerza szabasowa]. Chyba nie ma pyszniejszej formy poznawania kultury niż poprzez kuchnię, nieprawdaż?

Przy punkcie informacyjnym działa także kawiarnia żydowska Charlotte Menora, inspirowana tradycyjnymi piekarniami żydowskimi. Jak nasycimy się już wiedzą, a przy okazji w trakcie jej poszerzania zgłodniejemy, to możemy skosztować bajgli, chałki lub dań żydowskich. Tym razem tam nie jadłam, ale jak wiecie, uważam, że gastroturystyka to dobry wstęp do dalszych podróży, ewentualnie wspomnień o nich. Akurat w podróży z kulturą żydowską jestem od dawna, więc na pewno tam zajrzę na małe co nieco.

Dla ciekawych, jak jest w Menorze, załączam kilka zdjęć i zachęcam do uwzględnienia tego miejsca w trakcie spaceru.


Alfabet hebrajski.
Plan żydowskiej Warszawy.
Plan żydowskiej Warszawy.
Judaistyczna biblioteczka - księgozbiór i czasopisma,
w tym książki o kuchni żydowskiej.
Część zbioru materiałów dostępnych w Menorze Info Punkcie. 

Część zbioru materiałów dostępnych w Menorze Info Punkcie.
Kartka informacyjna o warsztatach kulinarnych - kultura żydowska od kuchni.
Do jej wykonania wykorzystano fotografię pochodzącą ze zbiorów rodziny Goldstein,
program zbierania pamiątek Polish Roots in Israel.










poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wspomnienie podróży

Mawiają, że podróż nie zaczyna się, gdy ruszamy w drogę, i nie kończy w momencie powrotu do miejsca wyjścia. Taką obserwację znajdziemy między innymi u Ryszarda Kapuścińskiego w Podróżach z Herodotem. Fakt. Zanim udamy się na lotnisko, dworzec, a nawet spacer czy przejażdżkę rowerową, jeśli będzie to bliższa trasa, zwykle przygotowujemy się do tego. Gdy zaś doświadczymy podróży, to zostaje ona w naszej pamięci. Wspomnienie o niej lubię podtrzymywać różnymi dobrami (trwałymi, stąd elementy przestrzeni mieszkania i zawartość mojej szafy mają dość zróżnicowane pochodzenie, oraz mniej trwałymi, o czym za moment).

Dlatego też przywożę między innymi z podróży przyprawy (i nie tylko z nich, wszak jestem przyprawoholiczką), dżemy, kremy, słodycze, sery, wina, herbaty. Zazwyczaj są to lokalne rarytasy. W przypadku wyprawy do Kazachstanu były to herbaty, słodycze i kurt. Ostatni wymieniony produkt wzbudza kontrowersje, nawet ogromne. Jedni uważają go za przysmak, inni wręcz przeciwnie – krzywią się na samą myśl o nim. Być może przez słono-kwaśny smak. Kurt bowiem to połączenie serwatki, twarogu i soli. W efekcie procesu suszenia staje się twardy. Nabyłam go u dwóch źródeł w Pawłodarze. Część kurtu kupiłam od kazachskiej sprzedawczyni-gospodyni na targu ulicznym. W swym asortymencie miała dwie jego odmiany: słoną (klasyczną) i słodką (na tę „słodycz” produktu wpływało tylko to, że został on obsypany czymś à la cukier puder). Pozostały przywieziony kurt kupiłam w osiedlowym sklepie spożywczym i był on wyprodukowany w mleczarni. Specjał ten wpisuje się w moje upodobania smakowe (co prawda nie powiem o nim „niebo w gębie”, jednak według mnie jest smaczny. A gdybym mieszkała dłużej w Pawłodarze, to zapewne od czasu do czasu nabywałabym go dla urozmaicenia jadłospisu). Miny mojego towarzysza podróży (który przebywał znacznie dłużej w Kazachstanie niż ja) i naszych pawłodarskich znajomych, gdy usłyszeli, w co się zaopatrzyłam, jednak mówiły co innego o kurcie.

Co zrobić, gdy zapasy żywności (kazachskie bądź pochodzące z innych rejonów, bo to nie jedyna moja podróżnicza destynacja) wyczerpały się w kuchni? Można oglądać zdjęcia, wspominając podróż, czytać relacje o Kazachstanie (niewątpliwie odkąd stamtąd wróciłam, znaczenie wyostrzyła się moja percepcja w kontekście tego państwa. Ciągle widzę bowiem wzmianki o nim) lub innym miejscu, oglądać mapy. Przyznam się, że mam słabość do „Street View”. Ba, cieszy mnie ta funkcja w mapach Google (wykorzystuję ją zresztą też przed ruszeniem w nieznane mi wcześniej miejsca). W ogóle słabość do efektów prac kartografów miałam już w dzieciństwie. Uwielbiałam oglądać atlasy i globus, przy okazji zadając rodzicom „tysiąc” pytań o to, co na nich widziałam. Upodobanie do map przejawia się także w nabywaniu ich przed wyjazdem. Co więcej, ta słabość i zamiłowanie do designu sprawiły, że postanowiłam zamówić grafikę z mapą Pawłodaru w sklepie Maptu. Swego czasu przeczytałam o nich w jednym z magazynów o sztuce użytkowej i zapisałam w pamięci, że taki twórca map-grafik istnieje. Uznałam bowiem, że plakat z siatką kartograficzną pewnego miejsca będzie dobrym prezentem dla kogoś z moich bliskich. W tym miejscu warto dodać, że sami decydujemy, co będzie przedstawiać taka grafika-mapa (miasto czy wieś, uchwycenie przestrzeni całej miejscowości czy zbliżenie na dzielnicę etc.), jak będzie wyglądać (wybór stylu i orientacji), a także jak ją podpiszemy. Gdy zaczęłam przygotowywać teksty o podróży do Kazachstanu (już nie długo pojawią się na blogu), znowu mignęła mi gdzieś wzmianka o Maptu, co sprawiło, że postanowiłam zamówić mapę Pawłodaru.


Zdjęcie grafiki wykonane w pracowni Maptu.

Rozlewisko Irtyszu w Pawłodarze. Na drugim planie widzimy most, który
na mapie możemy zlokalizować tuż nad zakolem rzeki, do którego po prawej stronie przylega miasto.



sobota, 14 maja 2016

"Pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko", czyli kolorowanki w Kijowie

Do jednej z restauracji Вареничная Катюша (Varenichnaya Katyusha), sieciówki z kuchnią ukraińską, czy mówiąc szerzej - z kuchnią wschodnioeuropejską, trafiliśmy przez przypadek.


Gdy czekaliśmy na zrealizowanie zamówień, każdemu z nas przyniesiono kartki, na których znajdował się między innymi rysunek do pokolorowania z postaciami z bajki Wilk i Zając/Nu, pogodi! [Ach, te wspomnienia z dzieciństwa!]. A że na stole stały kredki, to wszyscy chwyciliśmy za nie i tak oto troje dorosłych oddało się kolorowaniu. I trzeba przyznać, że kolorowanki podbijają ostatnio serca nie tylko dzieci, a i dorosłych, nie bez kozery. I jak widać, moda na nie nastała również w Kijowie.




niedziela, 17 kwietnia 2016

Gościnnie w Krakowie, czyli realacja na cztery ręce

Zamieszczony dziś tekst ukazał się w 2015 roku na blogu „Zależna w podróży...” i nosił tytuł Gościnnie w Krakowie, gościnnie na blogu „Zależna w podróży”, co było efektem tego, że moja przyjaciółka Sara wygrała w konkursie tamże ogłoszonym (wspominałam o tym we wstępniaku O podróżowaniu, kulturze i jedzeniu zamiast śmingusa-dyngusa). W następstwie tego napisałyśmy ten artykuł. Jako że obecnie tam on już nie widnieje, to pozwoliłam sobie go opublikować tutaj, a co za tym idzie - oto pierwszy artykuł na cztery ręce na blogu "Podróże między wierszami". A czy ostatni? To się okaże:). Co jest pewne? Kolejne teksty będą krótsze!:)

„Veni, vidi, vici”. W moim przypadku jednak można rzec: „vici”, „veni, vidi”:). Wszak dzięki Zależnej w Podróży – Agnieszce Ptaszyńskiej – najpierw w grudniu wygrałam [Sara – P.M.W.] w konkursie dwudniowy nocleg dla dwóch osób w Krakowie (dziękuję za nagrodzenie!), a następnie przybyłam do legendarnego grodu Kraka. Voucher zrealizowałam dopiero w marcu. Weekend w Krakowie spędziłam z koleżanką. Też brała udział w tym konkursie, nieraz podróżowałyśmy we dwie, dlatego zaproponowałam jej wspólny wyjazd i napisanie tej relacji na cztery ręce.

Byłyśmy ciekawe pobytu w Yarden aparthotel przy Długiej 35, jako że w 2014 roku został
uwzględniony w rankingu Michelin. Jeszcze nie zdarzyło się nam nocować w miejscu, które było tak wyróżnione. Zresztą podróżując, zazwyczaj szukamy taniego noclegu, zatem samo przez się są to miejsca spoza tego rankingu. W hotelu dwie rzeczy podbiły nasze serca.

W łazience powieszono informację w językach polskim i angielskim, która brzmi: Czy wyobrażasz sobie, ile ręczników pierze się każdego dnia w hotelach na całym świecie, i jak duże ilości środków piorących zanie-czyszczają przez to nasze rzeki, jeziora i morza? Prosimy zdecyduj: Ręczniki pozostawione na podłodze lub w brodziku w łazience: „Proszę wymienić”. Ręczniki powieszone na wieszaku: „Użyję po raz kolejny”. Bądźmy przyjaciółmi natury. Takiemu podejściu do środowiska naturalnego jesteśmy na tak! W Oleander Resto Bar zaś, pełniącej funkcję jadalni hotelowej, serwowany jest chleb bezglutenowy. Dla jednej z nas (Joanna) jest to istotne, bo z powodów zdrowotnych nie może jeść produktów, zawierających gluten. I mimo że współcześni bezglutenowi konsumenci nie żyją w trudnych dla nich czasach, to jednak w zbiorowej gastronomii, zwłaszcza hotelowej, chleb niezawierający glutenu nie jest oczywistością.
Przyjechałyśmy do Krakowa w piątek wieczorem. O Długiej wiedziałyśmy tylko tyle, że na początku ulicy znajduje się Dom pod Globusem, zbudowany w secesyjnym stylu, w którym mieści się siedziba Wydawnictwa Literackiego (przy Długiej 1). Gdy go ujrzałyśmy na horyzoncie, to wiedziałyśmy już, że idziemy w dobrym kierunku. Nie widziałyśmy jednak, że przy tej ulicy znajduje się wiele sklepów z sukniami ślubnymi. Niektóre są dosłownie jeden obok drugiego. Zdaje się, że jest to krakowskie zagłębie sukien ślubnych:). Ot taka ciekawostka. Nie starczyło nam tego dnia czasu na ambitne zwiedzanie. Udałyśmy się tylko na flaunering po kleparskich i śródmiejskich ulicach: Świętego Filipa, Krótka, Krzywa, rynek Kleparski, Basztowa, Planty, Sławkowska, Szczepańska, plac Szczepański, Jagiellońska, Gołębia, Bracka (nie padał deszcz!), Rynek Główny wzdłuż i wszerz, pasaż Bielaka, Stolarska, Św. Tomasza i tak dalej, aż wróciłyśmy do Długiej.

W sobotę po śniadaniu w Yarden aparthotel wyszłyśmy na miasto.
Skierowałyśmy się w okolice Smoczej (dlaczego? – o tym za moment). Przecięłyśmy Planty, znalazłyśmy się na Rynku, zajrzałyśmy do Bazyliki Mariackiej, a następnie obeszłyśmy ją dookoła (tym samym zwróciłyśmy uwagę na jej elementy architektoniczne, które w trakcie wcześniejszych pobytów w Krakowie umknęły naszej uwadze). Początek marca, a zwłaszcza sobotni marcowy poranek to czas, kiedy można cieszyć się z nieobecności turystów w przestrzeni Rynku:). Idąc ulicą Grodzką, dostrzegałyśmy zakamarki, również niezauważone podczas wcześniejszych odwiedzin grodu Kraka. To dowód, że są miejsca, które mimo wielokrotnej eksploracji, wciąż nie są dokładnie zapisane w pamięci. Gdy doszłyśmy do Bernardyńskiej, Joannie przypomniało się, że ma pocztówkę do nadania. W Zamku Królewskim mieści się siedziba poczty, weszłyśmy zatem na Wzgórze Wawelskie. Tym samym przespacerowałyśmy się po Wawelu i z jego perspektywy obejrzałyśmy Bernardyńską, panoramę Wisły, w tym budynki Mangghi. Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej oraz Handlowej Spółdzielni „Jubilat”. Po wyjściu z terenu zamkowego znalazłyśmy się wreszcie na Bulwarze Czerwieńskim. Skierowałyśmy się w okolice ulicy Smoczej. Stoi tam Pomnik Psa DżokaDo tego miejsca pamięci koniecznie chciała dotrzeć Sara. Kiedyś słyszała o nim, mimowolnie jednak wyparła tę informację. Znajdowało się ono w jej niepamięci dopóki, dopóty nie zabrała się za przygotowanie trasy konkursowej. Wówczas spostrzegała je na mapie Starego Miasta. Przypomnijmy, że w 1990 roku na Rondzie Grunwaldzkim właściciel Dżoka dostał zawału serca. Zabrano go karetką. Niestety w drodze do szpitala zmarł. Pies jednak przez wiele dni czekał tamże na swojego opiekuna. W tym czasie wielokrotnie wspominano o Dżoku w mediach (wtedy to Sara usłyszała o nim). Po prawie rocznym oczekiwaniu na swego pana, pies pozwolił się przygarnąć Marii Müller, żonie Władysława Müllera. Jego nowa właścicielka zmarła w 1998 roku. Po jej śmierci zabrano psa do schroniska, z którego uciekł. Jakiś czas potem znaleziono go zabitego na torach kolejowych w Borku Fałęckim. Tak oto stał się bohaterem miejskiej legendy, a w 2001 roku odsłonięto Pomnik Psa Dżoka, zaprojektowany przez Bronisława Chromego. Jako że nastała pora obiadowa, Joanna uparła się, że musimy koniecznie posilić się w restauracji „U Romana”, o której wspomniałam, w napisanej przeze mnie [Sarę – P.M.W.] trasie. Mieści się ona w budynku Akademii Muzycznej i pełni funkcję stołówki uczelnianej. O tym, jak zazwyczaj smakuje jedzenie stołówkowe, prawie każdy wie:). Faktem jest więc, że efekty umiejętności gastronomicznych kucharzy, pracujących „U Romana”, nie były celem naszego spaceru przez ulice: Koletek, Stradomską, Plantami wzdłuż Świętej Gertrudy, Świętego Krzyża aż do Świętego Tomasza 34. Owszem, nie gotują źle, co więcej, oferowane przez nich dania są całkiem tanie, co potwierdza jedna z nas, ale nie jest to miejsce, do którego trzeba zajrzeć, by skosztować najlepszego jedzenia w Krakowie. Ta restauracja jednak posiada coś, co sprawia, że warto do niej zajrzeć. Mianowicie z okien stołówki można obejrzeć panoramę Krakowa – od części przemysłowej miasta po Stare Miasto i Wawel. Niestety nie zobaczyłyśmy tego widoku. Mimo że Joanna zadzwoniła do restauracji dwa dni wcześniej z pytaniem, czy pracują w sobotę i potwierdzono, że tak, to gdy dotarłyśmy do niej, to okazało się, iż jest zamknięta. Na szczęście w pobliżu jest wiele miejsc, gdzie można zjeść całkiem tanio i smacznie, toteż szybko znalazłyśmy inny lokal, w którym zjadłyśmy obiad.



Na deser i odpoczynek udałyśmy się do „Meho Cafe” w Domu Józefa Mehoffer, obecnie w oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie, przy ulicy Krupniczej 26. Zanim weszłyśmy do ka-wiarni, to zajrzałyśmy do jednego z najpiękniejszych krakowskich ogrodów, który mieści się na tyłach tego budynku. Wszakże Mehoffer kupił ów dom, gdyż był „urzeczony staroświecczyzną jego wyglądu oraz przestrzenią dziedzińca i ogrodu”[1]. Dodajmy, że zmierzając do tej kawiarni, zatrzymałyśmy się na moment przed kamienicą przy Krupniczej 22. Mimo że fasada budynku jest niepozorna, to o tym, co działo się w jej wnętrzach, można długo i barwnie opowiadać. Dlaczego? Niegdyś mieścił się w niej Dom Literatów, tzw. pisarski kołchoz, należący do Związku Literatów Polskich. Mieszkali tu z rodzinami między innymi: Konstanty Ildefons Gałczyński, Stefan Kisielewski, Stefan Otwinowski, Kazimierz Brandys, Bronisław Maj, Wisława Szymborska. Po tym przystanku udałyśmy się komunikacją miejską na Kazimierz. Pokręciłyśmy się po jego ulicach: Miodowej, Szerokiej, Jakuba, Estery, Placu Nowym, Józefa, Placu Wolnica itd., itp. Przyjrzałyśmy się synagogom: Tempel, Remu, Starej, Wysokiej i cmentarzowi żydowskiemu. Po zaspokojeniu potrzeb kulturoznawczo-historyczno-sztucznych, skosztowałyśmy trochę kazimierskiego wieczornego życia:).

W niedzielę po śniadaniu spakowałyśmy się, wymeldowałyśmy się i zostawiłyśmy bagaże w hotelowej przechowalni. Naszą destynacją była Nowa Huta, polskie wcielenie socrealizmu. Udałyśmy się w jej kierunku, wiedząc, że mamy mało czasu na jej zwiedzenie i nie mamy do końca opracowanej trasy. Zakładałyśmy więc, że niewiele zobaczymy, ale przyświecała nam myśl – nie ilość „zaliczonych” punktów na mapie, lecz klimat dzielnicy będzie najważniejszy w tym doświadczeniu. Ledwo co opuściłyśmy Yarden aparthotel, gdy zadzwoniła do Joanny jej znajoma z pytaniem, gdzie jesteśmy i zaproponowała, że może nas oprowadzić po Nowej Hucie (co prawda, dziewczyny swego czasu rozmawiały o tym, ale umówiły się na tyle niekonkretnie, że byłyśmy wręcz przeświadczone, iż czeka nas samodzielne zwiedzanie). W tym miejscu wspomnimy,


że znajoma jest nowohucianką, przewodniczką po Krakowie, literaturoznawczynią i historyczką sztuki. Ten zestaw jej specjalności w kontekście zwiedzania Nowej Huty był/jest nie lada gratką. Za jej wskazaniem dojechałyśmy do Placu Centralnego im. Ronalda Regana. Już w towarzystwie znajomej i jej opowieści przeszłyśmy się Aleję Róż, zajrzałyśmy do Restauracji Stylowa, gdzie na stoliku stoi „posążek” Włodzimierza Lenina, zobaczyłyśmy Nowohuckie Centrum Kultury i pola znajdujące się tuż za nim. Przeszłyśmy w kierunku ulicy Klasztornej (Kraków-Mogiła), gdzie znajdują się Kościół Narodzenia Pańskiego i św. Bartłomieja Apostoła (przykład sakralnej architektury drewnianej) i Bazylika Krzyża Świętego (mieści się tu Opactwo Cystersów). Po zobaczeniu
tych dwóch przestrzeni sakralnych, wsiadłyśmy w tramwaj i podjechałyśmy nim do Kopca Wandy, na który wdrapałyśmy się. Dzięki temu obejrzałyśmy pomnik projektu Jana Matejki, stojący na nim i zajrzałyśmy za mur kombinatu metalurgicznego. Stamtąd było blisko do Centrum Administracyjnego, składającego się z dwóch budynków, które bywa nazywane „Watykanem” lub „Pałacem Dożów”. Następnie przemaszerowałyśmy się nad Zalewem Nowohuckim, gdyż chciałyśmy zobaczyć Osiedle Szkolne i Teatr Łaźnie Nową. Teatr Ludowy i Kościół „Arkę Pana” zobaczyłyśmy już tylko z okien autobusu, ale jak wspominałyśmy, miałyśmy mało czasu… Dzięki temu mamy powód, by kiedyś wrócić do Nowej Huty:). A przy okazji jadąc do Dzielnicy XVIII lub wracając z niej, można zobaczyć przez okna tramwaju blok-zamek przy Akademii Wychowania Fizycznego. Cóż, nie jest to perełka architektoniczna, ale i taki jest Kraków. 
Sara Zubeir i Joanna Woźnicka