Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

Kierunek: Lubanie, Kujawy

We Wsi-mieście: dialogu od nowa zdefiniowano wieś jako przestrzeń, gdzie wytwarza się żywność, kulturę i więzi społeczne, a także buduje relację człowieka z przyrodą. Jednak wspominano też tam, że nie jest to tylko miejsce, gdzie produkuje się żywność, bo na wsi po prostu się żyje: uczęszcza do szkoły, spotyka z sąsiadami, wychowuje dzieci, odpoczywa, przeżywa starość et cetera.
Lubanie doskonale wpisuje się w tę definicję. Ta dobrze rozwinięta gospodarczo wieś leży w powiecie włocławskim (tak, blisko stamtąd do polskiej stolicy fajansu!). 7 sierpnia dotarły tam „Podróże między wierszami”. Były trzy przyczyny tej wyprawy: kulturoznawczy, krajoznawczy i sentymentalno-towarzyski. Ostatni powód odnosi się do faktu, jakim była moja podróż do Kazachstanu. W Pawłodarze poznałam bowiem – oczywiście między innymi – grupę wokalną Syreny, a potem przejechałam (właściwie powinnam napisać -liśmy, bo byłam tam z towarzyszem podróży, którego tożsamość za moment ujawnię) z nimi ponad siedemset kilometrów, via Astana, do Kokczetawy (Kokszetau) na Ogólnokazachstański Festiwal Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”. We wpisie „Swojskość”? wspominałam, że gdyby ktoś, kogo spotkałam na mej drodze, nie przebywał tam swego czasu, to być może wcale nie wylądowałabym w Kazachstanie. Tym kimś jest Radek. Kilkanaście pierwszych lat życia spędził właśnie w Lubaniu. Zapewne gdyby nie on i lubańskie rodziny społeczników: Bławatów, Budzyńskich (zresztą pochodzi z tej familii), Kowalczyków, to kilka Syren nie dotarłoby na Kujawy. Takie oto zapętlenie trajektorii powstało.

Fot. Joanna, archiwum prywatne, od lewej: wagon typu „kupiejnyje”
 („kupe”, 2 klasa) lub „plackartnyje” („plac karta”, 3 klasa), którym jechaliśmy
z Syrenami; budynek z neonem „Kokszetau”; grupy wokalne Syreny i Narcyz
 z Pawłodaru w trakcie festiwalu w Kokczetawie.
Podróż kulturoznawcza

Powracając jednak do Lubania, to być może słyszeliście o nim, a nawet przejeżdżaliście przez niego, bo przebiega tam Wiślana Trasa Rowerowa. Niestety tym razem nie dotarłam do tej wsi na rowerze. Przybyłam do Lubania bowiem pociągiem. Wśród przyczyn znalezienia się w tej kujawskiej miejscowości wymieniłam też aspekty kulturoznawcze i krajoznawcze. Mianowicie w Lubaniu odbyło się Polsko-Kazachstańskie spotkanie z tradycją kujawską. W jego trakcie można było usłyszeć na żywo grupę wokalną Syreny, a także zobaczyć, jak na Kujawach Nadwiślańskich, zwanych też Białymi, łączą się tradycja regionalna i współczesność, dowiedzieć się co nieco o regionie oraz poznać smaki kujawskie i kazachstańskie. Wydarzenie zorganizowały Urząd Gminy Lubanie i Gminny Ośrodek Kultury, ale de facto również niektórzy mieszkańcy wsi zaangażowali się nieformalnie w jego stworzenie. Przyświecał im wspólny cel – chęć ukazania tradycji regionalnej. Wydaje mi się, że poprzez to działanie dokonali jeszcze czegoś – pokazali, że Lubanie jest fascynującym miejscem do życia i spędzenia wolnego czasu. Niewątpliwe spotkanie to miało charakter animujący społeczność i integrujący ją, ale nie tylko. Wszak można w nim dostrzec cechy reunionu, co prawda nieplanowanego. Mianowicie specjalnie dla kazachstańskich twórczyń do tej miejscowości przybyli ludzie z Warszawy, Krakowa, czy też Pragi czeskiej. W tym miejscu warto zauważyć, że Larysa Krzyżańska – wójt Lubania, stwierdziła w zapowiedzi występu Syren, że są to „odważne kobiety, Kazaszki, które propagują kulturę polską”. Można więc uznać, że tę wieś kujawską i to miasto kazachskie łączy nie tylko Radek, ale też osoby, zajmujące się podobnymi działaniami. Członkinie grupy wokalnej Syreny śpiewają w niej prywatnie, ale na rzecz animowania tamtejszej społeczności i upowszechniania w niej kultury. Na co dzień zaś są: muzyczkami, animatorkami, architektkami itd. W Lubaniu zaprezentowały jeden narodowy utwór kazachski i piosenki polskie z repertuaru ludowego i rozrywkowego. W przypadku muzyki popularnej, nomen omen, można było usłyszeć Remedium, powszechnie kojarzone jako Wsiąść do pociągu byle jakiego.



Fragment Do ciebie Kasiuniu - piosenki wykonanej przez Syreny w Lubaniu. 
Dzięki zaprezentowaniu tej pieśni obrzędowej w 2015 roku ta grupa wokalna zdobyła nagrodę na Ogólnokazachstańskim Festiwalu Pieśni Polskiej „Polonia Śpiewająca”
w Kokczetawie (Kokszetau) w Kazachstanie. W rolę Jasieńka wcielił się lubański muzyk.



Fot. Joanna, kazachstańscy (pawłodarscy) i kujawscy (lubańscy) artyści za sceną, na scenie i przed sceną.   




Fot. Joanna, roztańczona (najmłodsze pokolenie) i zasłuchana publiczność. 



Dzieciom z grupy tanecznej Kujawy Nadwiślańskie przygrywali muzycy w ludowych strojach regionalnych. Takie odzienie już dawno wyszło z użycia. Obecnie można je zobaczyć zazwyczaj w trakcie imprez kulturalnych upowszechniających tradycję Kujaw.


Fot. Joanna, lubańscy muzycy w ludowych strojach regionalnych.

Mężczyźni widoczni na zdjęciu mają na głowach czarne kapelusze filcowe, które są charakterystyczne dla tamtejszego stroju ludowego, przy czym warto zauważyć, że posiadali je niegdyś bogatsi mężczyźni.[1] Dodam, że kawalerowie przyozdabiali takie pilśniowe nakrycie głowy barwnymi wstążkami lub pawim piórem. Lubańscy muzycy ubrali się w niebieskie kamizelki. Akurat te są bez rękawów, ale w tym kontekście można zauważyć, że na Kujawach spotykano dwa typy kamizelek: z krótkimi, przed łokieć, rękawami bądź właśnie takie bez rękawów. Miały one krój kontuszowy i sięgały do połowy uda, ale te widoczne na zdjęciu są trochę krótsze. Kamizelki przepasano zazwyczaj czerwonym pasem i takie można było zobaczyć w Lubaniu, ale niekiedy bywały one brązowe lub granatowe. Białe koszule wiązano jedwabnymi chustkami, ale przyznam się, że nie wiem, z jakiego materiału są tych muzyków.

Zarówno Syreny, jak i przedstawicielki lubańskiej społeczności przygotowały dla uczestników spotkania poczęstunek w postaci biszparmaku (możecie też usłyszeć o tej potrawie jako o beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku i ciast domowych. W kontekście tego przedostatniego dania, warto przypomnieć, że Oskar Kolberg, etnograf, opisując dziewiętnastowieczną kuchnię typową dla Kujaw, wskazał, że „Na śniadanie [był – PMW-J.] żur z kartoflami lub chlebem”. A Grażyna Szelągowska, starszy kustosz, z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu, przypomniała, że do dzisiaj żurek jest tradycyjną, charakterystyczną potrawą kujawską. Poza tym współcześnie wiele dań w tamtym regionie przygotowywanych jest z kapusty świeżej lub kiszonej, zatem mamy już wytłumaczenie, czemu na lubańskim stole zagościł bigos. Biszparmak (ʻpięć palcówʼ), który zrobiły kobiety z Pawłodaru, to danie spotykane w Azji Środkowej. Składa się ono z mięsa (zazwyczaj baraniny lub koniny, ale w Lubaniu zastąpiono je wołowiną) i klusek. Baursaki można zaś opisać jako wytrawne pączki bez nadzienia, które podaje się na przykład do zup. Jednak na stołach w Lubaniu znalazły się nie tylko potrawy, bo leżały tam również przepisy na nie. Zarówno degustacja dań polskich i kazachskich przygotowanych przez obie strony spotkania, jak i podzielenie się recepturami poniekąd przypominają o antropologicznej koncepcji wymiany darów między grupami, wzajemności, będącej podstawą społecznego i kulturalnego życia. Co więcej, mawia się, że „przez żołądek do serca”. Owszem, jedzenie to coś, co niekiedy sprawia, że zakochujemy się w danej kulturze. Jednak parafrazowałabym to przysłowie i stwierdziłabym, że przez żołądek do wiedzy, bo dzięki skosztowaniu biszparmaku (beszbarmaku), baursaków, bigosu kujawskiego, żurku, czy też ciast domowych mogliśmy dowiedzieć się co nieco o tradycji kujawskiej, a mówiąc szerzej – o kulturze polskiej, czy kazachskiej i to niezależnie, czy byliśmy przyjezdnymi do wsi, czy też jej mieszkańcami. Można zadać sobie też pytanie, co z tej części spotkania mógł wynieść turysta nie przynależny do tych dwóch wspólnot? Odpowiedź brzmi – zyskał doświadczenie gastroturystyczne/turystyki kulinarnej.

Fot. Joanna, od lewej: stół z potrawami kujawskimi i kazachstańskimi oraz przepisami na nie;
biszparmak i baursaki; bigos kujawski.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Krakowski Kleparz pełen przypraw

W tekście Wspomnienie z podróży wyznałam, że jestem przyprawoholiczką. Świadczą o tym choćby sobotnie zakupy, po które udałam się na targowisko na Kleparzu.

W tym miejscu przypomnę, że w tym roku przypada 650. rocznica lokacji Kleparza na prawie magdeburskim. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa przygotowało z tej okazji wystawę Miasto bez murów. W 650. rocznicę lokacji Kleparza (1366-2016). Można ją obejrzeć do 23 października br. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, to serdecznie polecam udanie się do Pałacu Krzysztofory, aby to nadrobić. Dowiemy się z niej o dziejach tego obszaru zarówno wtedy, gdy był samodzielną gminą miejską, jak i wówczas, kiedy stał się częścią Krakowa.

Miejsce, gdzie nabyłam przyprawy, to targowisko, zwane Starym Kleparzem. W strefie stanowisk do wolnej sprzedaży mieści się stoisko z dodatkami aromatycznymi pochodzenia roślinnego. Można tam nabyć nie tylko przyprawy, ale również zioła, konfekcjonowane przez „Kos-Smak”. Są dobrej jakości, a na dodatek w dość sporych objętościowo paczuszkach, toteż według mnie opłaca się je nabyć. Zresztą udałam się po nie na Kleparz nie pierwszy, a zapewne nie ostatni raz. Co więcej, kupowanie przypraw uważam za element gastroturystyki. Uprawiając ją, z jednej strony można zaglądać, będąc na „obczyźnie” do lokalnych miejsc gastronomicznych, z drugiej strony przygotowując się do wyjazdu/wracając z niego, można odwiedzać lokale w miejscu zamieszkania, reprezentujące kuchnie danego kraju. Podobnie jest – między innymi – z przyprawami. Osobiście, gdy jestem w innym kraju bądź w Polsce, ale w innym regionie niż ten przeze mnie zamieszkany, to zawsze staram się nabyć lokalne rarytasy, czego przykładem są choćby: kremy, konfitury, sery, owoce, bakalie, herbaty, słodycze. Oczywiście wysoką pozycję na tej liście zajmują przyprawy. Co prawda te, które nabyłam na kleparskim targowisku, nie pochodzą z Małopolski, lecz są tam jedynie porcjowane i pakowane, to jednak stanowią doskonały wstęp do kulinarnych podróży. Te, które zawędrowały do mojej kuchni, pochodzą z Europy Południowej i Bliskiego Wschodu. W tym roku raczej tam nie polecę, ale za to będę mogła przygotowywać południowoeuropejskie i bliskowschodnie dania lub urozmaicę nimi potrawy polskie.

Wychodząc ze Starego Kleparza, odkryłam trzy wspaniałe sklepy dla kogoś, kto jest gastroturystą/ką. Mianowicie przy Rynku Kleparskim 4 mieszczą się delikatesy orientalne „Dubai Food”. Jeśli ktoś lubi kuchnie: arabską, turecką lub indyjską, to będzie uszczęśliwiony ich asortymentem. Tym razem nabyłam tam tylko tandoori masalę, przy czym od razu dodam, że jest tam o wiele więcej rarytasów niż tylko przyprawy. Mój nabytek to mieszanka przypraw, którą można spotkać zwłaszcza w kuchni indyjskiej, ale jej smak odczujemy też w potrawach arabskich. Składa się ona z: kolendry, kozieradki, kminu, cynamonu, chili, pieprzu czarnego, papryki, imbiru, kardamonu, liści laurowych, cebuli, czosnku, gorczycy, liścia laurowego, gałki muszkatołowej, goździków. Ponadto przy tej samej ulicy – pod adresem Rynek Kleparski 12 – znajduje się „Mahir”. Market Turecki. Zakupiłam w nim mahalep mielony. Są to suszone, a następnie mielone ziarna wiśni wonnej, które doskonale nadają się do wypieków. Już nie mogę się doczekać, kiedy upiekę z nim i melasą bułeczki bezglutenowe (będę musiała zmodyfikować typowy tradycyjny przepis ze względu na swą przypadłość). Tak, dobrze myślicie, niestety słabością „Podróży między wierszami” jest to, że lubi piec ciasta… Ale powracając do tematu Tureckiego Marketu „Mahir”, to znajdziemy w nim wiele tureckich przysmaków. Nie tylko zakupimy tam przyprawy, ale także herbaty i kawy z akcesoriami potrzebnymi do ich przygotowania, sery, różne przekąski, konserwy oraz produkty specjalne dla diabetyków. Wszak właściciel sklepu twierdzi, że ich „misją […] jest stworzenie możliwości przygotowania tradycyjnych, smakowitych potraw tureckich we własnych domach”. Przy okazji tych, którzy lubią gotować, odsyłam na stronę internetową sklepu, bo znajdziecie na niej przepisy (i nie tylko). Co ważne, zarówno w „Dubai Food”, jak i w „Mahir". Markecie Tureckim są przemili i uprzejmi sprzedawcy, a co za tym idzie, cierpliwie odpowiadający na każde pytanie klientów. Ponadto uprzejmie donoszę, że tuż obok sklepu tureckiego, mieści się sklep z Holenderskimi Serami. Już więc nie mogę się doczekać kolejnego pobytu w Krakowie oraz zakupów w tych trzech sklepach i Starym Kleparzu.

Tak na marginesie, nim znalazłam się na Kleparzu, dzień rozpoczęłam od śniadania w Barze Sałatkowym „Chimera” przy ulicy Świętej Anny 3. Co prawda, to miejsce zdecydowanie bardziej adekwatne jest na spożycie obiadu, ale „Podróże między wierszami” ostatnio były na diecie warzywno-owocowej, a w związku z tym wiedziały, że znajdą tam duży wybór dań z produktów roślinnych. Polecam tam zajrzeć ze względu na jego przestrzeń. „Chimera” bowiem mieści się w zadaszonym, ogrzewanym podwórzu średniowiecznej kamienicy, a dosłownie w każdym jej kącie i na ścianach są rośliny doniczkowe, co sprawia, że jest tam przyjemnie „zielono”.

Wejście na targowisko Stary Kleparz.

Szyld "Dubai Food. Delikatesów Orientalnych".

Wejście do "Mahir". Tureckiego Marketu.

Szyld sklepu "Holenderskie Sery".

Przyprawy.

Wnętrze "Chimery" przy ulicy Świętej Anny.

Wnętrze "Chimery".


czwartek, 7 lipca 2016

Spacer po żydowskiej Warszawie

Gdzie we współczesnej Warszawie jest epicentrum kultury żydowskiej? Oczywiście przy placu Grzybowskim! Znajduje się tam Gmina Żydowska w Warszawie [tak, wiem, jest przy Twardej 6, ale właściwie przylega do placu]. Swoją siedzibę mają tam też - między innymi - Stowarzyszanie „Dzieci Holocaustu” w Polsce, Fundacja Shalom, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, a od kilku miesięcy działa tam Menora Info Punkt [wspominałam już Wam o nim dwa miesiące temu na Facebookowym profilu "PMW" w kontekście multimedialnego przewodnika "Żydowska Warszawa"] prowadzony przez Muzeum POLIN we współpracy z Fundacją Centrum Taubego Odnowy Życia Żydowskiego w Polsce. Blisko stamtąd do ulicy Próżnej. Wielu znamienitych reprezentantów społeczności żydowskiej niegdyś przy niej mieszkało. Po Szoa stała się zaś ocalałym architektonicznym fragmentem żydowskiej Warszawy. Powracając jednak do Menory, którą odwiedziłam przedwczoraj w trakcie spaceru, to znajduje się ona przy placu Grzybowskim 2. Kiedyś mieściła się tu słynna restauracja z kuchnią żydowską. Obecnie zaś jest punkt informacyjny o żydowskiej Warszawie. Można tam spotkać Magdę Maślak, specjalistkę za zakresu judaizmu. Jako że jest kopalnią wiedzy, a na dodatek sympatyczną osobą, to każdemu, kto pojawi się w przestrzeni Menory podpowie, co jest ciekawego w Warszawie w kontekście historii i kultury żydowskiej. Ponadto w punkcie informacyjnym można przejrzeć książki z kuchnią żydowską [wedle mnie świetny pomysł!], odszukać dawny adres na wiszącej na ścianie mapie przedwojennej Warszawy, skorzystać z dostępnych baz internetowych i platform. Znajduje się tam również sala spotkań dla organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną praw człowieka, edukacją obywatelską, przeciwdziałaniem antysemityzmowi, rasizmowi i dyskryminacji, w której można bezkosztowo zorganizować spotkanie bądź zajęcia. A co więcej, jest tam przestrzeń na warsztaty kulinarne [pod linkiem załączam informację o jednym z nich; zatytułowanym Tradycyjna wieczerza szabasowa]. Chyba nie ma pyszniejszej formy poznawania kultury niż poprzez kuchnię, nieprawdaż?

Przy punkcie informacyjnym działa także kawiarnia żydowska Charlotte Menora, inspirowana tradycyjnymi piekarniami żydowskimi. Jak nasycimy się już wiedzą, a przy okazji w trakcie jej poszerzania zgłodniejemy, to możemy skosztować bajgli, chałki lub dań żydowskich. Tym razem tam nie jadłam, ale jak wiecie, uważam, że gastroturystyka to dobry wstęp do dalszych podróży, ewentualnie wspomnień o nich. Akurat w podróży z kulturą żydowską jestem od dawna, więc na pewno tam zajrzę na małe co nieco.

Dla ciekawych, jak jest w Menorze, załączam kilka zdjęć i zachęcam do uwzględnienia tego miejsca w trakcie spaceru.


Alfabet hebrajski.
Plan żydowskiej Warszawy.
Plan żydowskiej Warszawy.
Judaistyczna biblioteczka - księgozbiór i czasopisma,
w tym książki o kuchni żydowskiej.
Część zbioru materiałów dostępnych w Menorze Info Punkcie. 

Część zbioru materiałów dostępnych w Menorze Info Punkcie.
Kartka informacyjna o warsztatach kulinarnych - kultura żydowska od kuchni.
Do jej wykonania wykorzystano fotografię pochodzącą ze zbiorów rodziny Goldstein,
program zbierania pamiątek Polish Roots in Israel.










wtorek, 14 czerwca 2016

Na Zachód… od Warszawy – Milanówek

Wizytę w Milanówku wpisuję w cykl podróży bliskich. Z Warszawy można dotrzeć tam w około trzydzieści minut, udając się trasą na Zachód, o ile środkiem transportu będzie samochód. Podróż trochę się wydłuży, o ile skorzystamy z pociągu „KM”, kolejki „WKD” czy autobusu „PKS”. Wspominam jednak o tym, bo i w taki sposób te miasta są skomunikowane. Zresztą wiecie o tym, bo to „nie Lorelei w mgle śpiewa, lecz gwiżdże EKD”[1]. Osobiście, by tam dotrzeć, wybrałam rower, tyle że dojechałam tam nie z Warszawy.

Wśród warszawsko-podwarszawskich dzieci popularna była i jest rymowanka: „Milanówek – miasto krówek”. Odwołują się w niej do cukierków – „Krówek” z wytwórni cukierków Pomorskiego, tych, które widzicie na zdjęciu. 



A czy wiecie, jaki mają one związek z moją podróżą na Ukrainę? Pomijając fakt, że właśnie je zabrałam, aby podzielić się nimi z osobami, które tam spotkałam. Cukierki, potocznie zwane „ciągutkami”, czy też właśnie „Krówkami z Milanówka”, z moim pobytem na Ukrainie łączy Żytomierz, do którego między innymi dotarłam. Historia ich bowiem sięga Rosji carskiej, kiedy to Feliks Pomorski, wówczas chłopiec z Wielkopolski został wysłany do wuja, mieszkającego na Wołyniu – w Żytomierzu. Tam też z czasem zaczął pomagać w wujowskim zakładzie cukierniczym, gdzie poznał tajniki produkcji. W trakcie drugiej wojny światowej powstała w Milanówku konspiracyjna wytwórnia „Krówek”, a w latach 50. zaczęto je produkować tamże oficjalnie. Jednak nie napiszę o tym, dlaczego tak się stało, bo wspominam o nich tylko dygresyjnie[2].

Wiele osób kojarzy to miasto-ogród także z tekstem piosenki Truskawki w Milanówku napisanym przez Wojciecha Młynarskiego. Są też tacy, którzy słyszeli o nim, bo znają tom wierszy Zachód słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza. Jakkolwiek kojarzymy to miasto, warto po prostu je poznać. Tymczasem nie będę przybliżać tego, co wedle mnie jest warte zobaczenia w Milanówku, bo mogę Wam zarówno polecić aplikację Kierunek Milanówek, jak i zachęcić do odwiedzenia lokalnego Centrum Informacji Turystycznej. Zapewniam za to, że ma on swoisty mikroklimat, wynikający z tego, że milanowska zieleń ma charakter parkowo-leśny, a co do przestrzeni, to eksplorowałam ją nie tyle, co odwiedzając miejsca wzdłuż wyznaczonej trasy, lecz po prostu jeżdżąc po ulicach, spontanicznie podejmując decyzję o skręcaniu w mijane przecznice, i obserwując, co jest dookoła. Zresztą udałam się do Milanówka ze względu na Festiwal „Otwarte ogrody”. Od kilku lat zarówno to miasto, jak i Podkowa Leśna w nim partycypują (i nie tylko one, ale o tej drugiej miejscowości wspominam, bo tam zaczęła się historia tego przedsięwzięcia).

Już kilka razy w tekście pojawiły się: miasto, ogród, miasto-ogród. Nie bez kozery! Mianowicie Milanówek łączy się z tymi określeniami. W tym miejscu przypomnę, że przeszło sto lat temu Ebenezer Howard stworzył koncepcję „miasta-ogrodu”. Współcześnie takie przestrzenie miejskie charakteryzuje niska zabudowa, wielość terenów zielonych takich jak: ogrody, parki, skwery. Howard zakładał, że istotną ideą takiego miasta, a co za tym idzie sposobem realizacji, jest współpraca i samorządność mieszkańców[3], i zdaje się, że w dużej mierze Milanówek ją realizuje. 

W ramach Festiwalu „Otwarte ogrody” chciałam dotrzeć na wystawę Polska lalka artystyczna, której towarzyszyła projekcja filmu Lalki nie są do zabawy Jana Strękowskiego oraz spektakl dla dzieci i dorosłych Kłębuszka w wykonaniu Alicji Pietruszki i Weroniki Lewoń. Niestety w sobotę nie mogłam się wybrać na wyprawę rowerową, a tym samym nie dotarłam do ogrodu, w którym bywa Kłębuszka.

Udało się za to w niedzielę! Zwieńczeniem rowerowego odkrywania milanowskich przestrzeni było spotkanie W ogródku u Szekspira zorganizowane przez Małgorzatę Wałaszek, dyrygentkę i wokalistkę. W jego trakcie odbyło się otwarte czytanie sceniczne Wesołych kumoszek z Windsoru z udziałem publiczności przeplatane muzyką z epoki wykonaną na instrumentach dawnych (i nie tylko). Wałaszek zaprosiła do performatywnego czytania komedii Williama Szekspira osoby, które na co dzień pracują w różnych branżach. Tylko nieliczni z nich mają zawodowy kontakt ze sceną. Wszyscy jednak wykazali się predylekcjami aktorskimi. W przerwach między aktami Małgorzata Wałaszek odkryła się przed publicznością jako doskonała opowiadaczka oraz, co po pierwsze, wykonawczyni muzyki dawnej (śpiew i flet prosty). W antraktach wraz z nią występował zespół „Sheakespearience” (dwie lutnie renesansowe, dwa flety proste, wiolonczela i skrzypce), który zebrał się na tę okoliczność. Wydarzenie to miało charakter animujący społeczność, gdyż gości – sąsiadów i turystów – wciągnięto w głośne czytanie komedii. Co więcej, to interaktywne spotkanie wzbudziło wśród nich ogromny entuzjazm. Dziękuję jego twórcom za ciekawą – i zabawną – podróż muzyczno-teatralno-czytelniczą oraz świetną atmosferę. „Sheakespearience” życzę, aby mieli więcej okazji do wspólnego grania.

Organizatorzy Festiwalu „Otwarte Ogrody” twierdzą, że najlepszym czasem do poznania warszawskich miast-ogrodów czy szerzej – mazowieckich jest właśnie to wydarzenie, i coś w tym jest. Takie poznawanie przestrzeni wymyka się bowiem typowemu/ej podróżowaniu/turystyce. Pozwala zatrzymać się w miejscu, do którego zazwyczaj będąc podróżniczką/turystyką [lub podróżnikiem/turystą, oczywiście], nie zajrzymy – do prywatnego ogrodu. Warto jednak pamiętać, że nie tylko doświadczymy tej przestrzeni, ale też poznamy jego właścicieli. Mam nadzieję, że w kolejnych latach będę mogła nie tylko powrócić do ogrodu Małgorzaty Wałaszek, ale że poznam też kolejne, nie tylko milanowskie. Abstrahując zaś od turystów, to Festiwal „Otwarte Ogrody” integruje po prostu lokalną społeczność.


Od lewej Małgorzata Wałaszek - organizatorka spotkania W ogródku u Szekspira - "Wesołe kumoszki z Windsoru". Otwarte czytanie sceniczne.


Czytanie sztuki przeplatane muzyką dawną.

Publiczne czytanie "Wesołych kumoszek z Windsoru".

Goście-publiczność w ogrodzie.

[1] Wojciech Młynarski, Truskawki w Milanówku, 1988. EKD zmieniła nazwę na WKD w 1947 roku. Więcej zob. Historia EKD/WKD, http://www.wkd.com.pl/o-wkd/historia-ekd-wkd.html
[2] Historię Feliksa Pomorskiego i tego, jak „Krówki” stały się „z Milanówka”, możecie zgłębić:
Czytając artykuł Radosław Nawrot, A hrabina siedzi i zawija je w te papierki, Wyborcza.pl, 17 grudnia 2011,
Korzystając z aplikacji Kierunek Milanówek: http://www.kierunek.milanowek.pl/ .
Zapoznając się z historią „Krówek” opublikowaną na stronie producenta: http://www.krowki-pomorski.pl/o-firmie.php .
[3] Więcej o koncepcji miasta-ogrodu: Katarzyna Pluta, Idea miasta-ogrodu – panaceum na rozproszenie miast, https://suw.biblos.pk.edu.pl/resources/i4/i5/i8/r458/PlutaK_IdeaMiasta.pdf 
Strona Festiwalu „Otwarte Ogrody” http://www.otwarteogrody.pl/








sobota, 14 maja 2016

"Pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko", czyli kolorowanki w Kijowie

Do jednej z restauracji Вареничная Катюша (Varenichnaya Katyusha), sieciówki z kuchnią ukraińską, czy mówiąc szerzej - z kuchnią wschodnioeuropejską, trafiliśmy przez przypadek.


Gdy czekaliśmy na zrealizowanie zamówień, każdemu z nas przyniesiono kartki, na których znajdował się między innymi rysunek do pokolorowania z postaciami z bajki Wilk i Zając/Nu, pogodi! [Ach, te wspomnienia z dzieciństwa!]. A że na stole stały kredki, to wszyscy chwyciliśmy za nie i tak oto troje dorosłych oddało się kolorowaniu. I trzeba przyznać, że kolorowanki podbijają ostatnio serca nie tylko dzieci, a i dorosłych, nie bez kozery. I jak widać, moda na nie nastała również w Kijowie.




środa, 30 marca 2016

W Warszawie... "wczoraj"

Animacja wykonana przy pomocy aplikacji Polona/Typo.

Uważa się, że podróżowanie w czasie jest możliwe tylko w fantastyce naukowej. Czy na pewno taka możność istnieje wyłącznie tam? Wszak współcześnie mamy dostęp nie tylko… do bibliotek, ale też do zbiorów zdigitalizowanych, a co za tym idzie, możemy sięgnąć po przewodniki wydane choćby w XIX wieku. Ha! Istnieje więc możliwość spojrzenia na różne miejsca z perspektywy na przykład dziewiętnastowiecznego zwiedzającego. Wiem, wiem, rozpędziłam się, nie do końca posiadamy możność podróży w czasie. Ba, właściwie jest ona poza naszym zasięgiem. Jakby jednak nie było, przewodniki wydane kilkadziesiąt, a nawet więcej, lat temu stanowią interesujący materiał.


W kontekście wirtualnego (i nie tylko takiego!) zwiedzania moją uwagę zwrócił Ilustrowany przewodnik po Warszawie ozdobiony planem miasta, widokami piękniejszych gmachów i miejscowości, galeryą typów warszawskich i szkicami Wiktora Gomulickiego wydany w 1880 roku (zresztą nie tylko mnie zainteresował, ale o tym za moment). Współcześnie jest udostępniony na portalu Polona.pl Biblioteki Narodowej. Znajdziemy w nim informacje właściwie o „wszystkim”, o ile można tak powiedzieć. Pewne jest jedno – ówczesny turysta/podróżnik/przyjezdny mógł tam znaleźć wiele cennych wskazówek praktycznych i nie tylko. Dowiemy się – między innymi – z tego przewodnika, że:

Kwestia jedzenia jest jedną z najważniejszych.  
"Powiedz mi co jadasz, powiem ci kim jesteś" – wyrzekł roztropny Brillat-Savarin w słynnych Przykazaniach gastronomicznych 
[…] wiek XIX, zerwawszy z tradycją, odżywia się, a przynajmniej pragnie odżywiać się: higienicznie.  
Stąd wynika zwrot do potraw pierwotnych, do kuchni angielskiej, najmniej skomplikowanej, do produktów lekarskich, a pożywnych…  
Ludzie dzisiejsi nie mają sposobności do nadmiernego wytężania muskułów, jak ich pradziadowie;  
[…] Usługa w restauracjach warszawskich bywa dwojaka: męska i żeńska. Tym, którzy chcą być obsłużeni prędko i dobrze; polecamy pierwszą; druga za to przypadnie do gustu takim, dla których świeży buziak jest niezbędnym do biesiady dodatkiem [!]. (Wiktor Gomulicki, Ilustrowany przewodnik…, s. 17 - 18)

poniedziałek, 28 marca 2016

O podróżowaniu, kulturze i jedzeniu zamiast śmingusa-dyngusa


Stało się. Założyłam bloga. Będzie o: podróżach (tych, które doświadczyłam, i tych, które planuję), turystyce, poznawaniu kultur, gastroturystyce, o tym, co pisano o podróżach w innych stuleciach, i o tym, co ciekawego piszą o nich współcześni nam autorzy książek i blogów. Zapewne pojawią się jeszcze inne wątki, będące wypadkową triady: podróż - kultura - jedzenie, ale to okaże się w praniu, a właściwie ujawni się w trakcie pisania.

Obecnie wpisy na blogu będą pojawiały się nieregularnie. Mam nadzieję, że z czasem zmieni się to.

W tym miejscu chcę wspomnieć, że pierwszy wpis miał być zatytułowany Babki w podróży. Dlaczego tak? Powodów jest kilka. Po pierwsze, planowałam go opublikować w rocznicę miniwojażu do Krakowa mojej przyjaciółki Sary ze mną w roli towarzyszki (6 – 8 marca). Co więcej, wyjazd ten odbył się dzięki wygranej w konkursie ogłoszonym na blogu "Zależna w podróży" (jeden z moich ulubionych). Po drugie, zapewne zdarzy mi się wspominać podróże własne, a niektóre z nich odbyłam właśnie z tą przyjaciółką. Po trzecie, hasło „Babki w podróży” jest właściwie cytatem z wypowiedzi Sary o tym, że gdy będziemy na emeryturze, to znowu będziemy częściej wspólnie podróżować i tak nas określiła. Po czwarte, wspominana tu osoba jest jedną z kilku, które zmobilizowały mnie do założenia "Podróży między wierszami". Po piąte, pozostaje mi zachęcenie do obejrzenia zdjęć, które wtedy wykonałam.

Zdjęcie reklamy sklepu z kosmetykami produkowanymi
 w fabryce Jana Ihnatowicza widniejącej na ścianie Sukiennic, 2015.

Niestety nie udało mi się ustalić, jak długo działała ta fabryka, której reklamę można zobaczyć współcześnie na ścianie Sukiennic. Zapewne jednak istniała jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym [jeśli ktoś posiada wiedzę na ten temat, to będę wdzięczna za podzielenie się nią]. W trakcie miniresearchu zaś w "Myśli. Dwutygodniku Literacko-Społecznym" z 1894 roku znalazłam takie oto ogłoszenie:  

Reklama prasowa fabryki chemiczno-kosmetycznej Jana Ihnatowicza we Lwowie, "Myśl Dwutygodnik Literacko-Społeczny", 15 sierpnia 1894, s. 11.  

Stragany kwiaciarek na Rynku Głównym.  

Ogródek jednego ze staromiejskich lokali gastronomicznych.


Ogród przy Domu Józefa Mehoffera (oddział MNK) przy Krupniczej 26.



Chrystus Łaskawy, wedle podania mający perukę z włosami, które rosły,
 czyli cuda w Opactwie Cystersów w Krakowie-Mogile; Nowa Huta.